niedziela, 21 marca 2010

Praca konkursowa #11: Dziecię Słońca

Dziecię Słońca
od Arhodie

Po raz pierwszy ujrzała feniksy w wieku piętnastu lat. Było to podczas krótkiej podróży z Nawakszutu, małej miejscowości afrykańskiej wzniesionej nieopodal pustynnych równin, do Ad-Dachla, położonego bardziej na północ.

Przedzierali się przez skrawek pustyni, mając za przewodnika jednego z licznych kolegów ojca, zamieszkałego na stałe w Dakarze. Jechali na koniach achałtekińskich, niezwykle wytrzymałych stworzeniach, używanych jeszcze do dziś przez Nomadów.

Było wczesne popołudnie, najgorsza pora dnia, gdyż słońce na bezchmurnym, błękitnym niebie piekło niemiłosiernie. Karawana składająca się z pięciu osób przystanęła na chwilę, dając wytchnienie wierzchowcom.

Trisha pociągnęła łyk z manierki, wachlując się kapeluszem z obszernym rondem. Zapasów mieli jeszcze dużo, także nie groziła im śmierć z pragnienia, ani głodowa. Stojący nieopodal ojciec uśmiechnął się do niej, jednak dało się zauważyć zmęczenie wypisane na jego twarzy. Już nie te lata, pomyślała, wiedząc, że wkrótce ojciec będzie musiał zaniechać dalszych wypraw. Odwróciwszy się, przeciągle popatrzyła na horyzont. I wtedy właśnie dostrzegła dwa mieniące się w oddali punkty.

- Mochamed! Co to jest, tam, daleko? – zawołała, wyciągając rękę.

Pojący jednego z koni człowiek, uniósł głowę zdziwiony. Jednak po chwili i on dostrzegł przemieszczające się na bezchmurnym niebie kształty, lśniące niczym promienie słońca. Po chwili oba punkty znikły za horyzontem, gasnąc jak płomyk zapalniczki.

- To jakieś pustynne zjawisko, fatamorgana? – spytała.

Mochamed pokręcił głową w milczeniu.

- Z tego co mi wiadomo, nic takiego się jeszcze nikomu nie przydarzyło. Możemy spytać o to dziwo Beduinów, kiedy dotrzemy do Ad-Dachla.

Jednak zdarzenie szybko uleciało z pamięci dziewczyny oraz Mochameda, wyparte przez trudy dalszej wędrówki.

Los lubi często płatać figle. To, co z pozoru wydaje się być nieistotne, może mieć duże znaczenie w przyszłości. Tak było i tym razem...

* * *

Serce pustyni skutecznie i długo przywoływało utęsknioną duszę dziewczyny. Po raz wtóry zawitała na Czarnym Lądzie siedem lat później. Już nie jako zwykła turystka, ale cieszący się uznaniem archeolog.

Rozpoczęła swą kolejną wędrówkę przez bezkresne morza piasku w Aleksandrii, mając zamiar skończyć ją w Baradai, u podnóża monumentalnych gór Tibesti. Czekała ją długa i niebezpieczna podróż, lecz podsycana nieustanną ciekawością i tęsknotą za potęgą pustkowi.

Przewodnikiem był stary Beduin o wypalonej słońcem twarzy i żywych oczach, o którym mówiono, że wydarł serce pustyni, dając jej w zamian swoje. W całym dorzeczu Nilu trudno byłoby znaleźć lepszego. Zamiast koni wzięli baktriany, dwugarbne wielbłądy.

Wyruszyli objuczeni sporymi zapasami, żywiąc w duchu nadzieję na szybką i bezbolesną podróż. Mimo to, od samego początku nie szło najlepiej. Jeden z wielbłądów w niespodziewany sposób okulał, powodując zdumienie nawet na twarzy ich przewodnika. Po ostrej wymianie zdań uzgodniono, że zwierzę zostanie prowadzone na powrozie, a na grzbiecie będzie wiozło tylko lekkie rzeczy. Problem stanowiły też zimne noce i upalne dnie. Odbijało się to na zdrowiu bardziej wrażliwych uczestników wyprawy. Nie obyło się też bez bolesnych odparzeń...

Trisha patrzyła na to wszystko obojętnym wzrokiem, jakby odcięta od rzeczywistości. Upajała się pięknem pustyni i otaczającą ich dookoła przestrzenią. Nie chciała dopuścić do siebie zmartwień i trosk. Kiedyś przyjdzie na nie czas. Ale jeszcze nie teraz.

Posuwali się pomału naprzód, przemierzając rozgrzane słońcem wydmy. Minęły trzy tygodnie. Okulały wielbłąd padł. Jeden z murzyńskich niewolników był na skraju wyczerpania, zwyciężony przez trudy podróży.

Stary Beduin patrzył na rozgrywający się dramat z milczeniem. Wiedział, że pustynia zbiera swoje żniwo. Czuł jednak, że to jeszcze nie koniec.

Po kilku dniach dotarli do Al.-Dżauf, małej miejscowości, objawiającej się strudzonym wędrowcom niczym piękna fatamorgana. Pozostali tam na noc, śpiąc na naprędce skleconych leżankach.

Trisha nie miała spokojnego snu. Śniła jej się pustynia – groźna otchłań, a w środku niej – czarnowłosa kobieta z zamkniętymi oczami. Miała na głowie czerwoną opaskę, ubrana w płomienną suknię, ze złożonymi dłońmi. Powiał wiatr i piach zawirował wokół kobiety. Uniosła lekko głowę, jakby patrząc na Trishę. Nadal nie otwierała oczu.

- Chodź do mnie... Przyjdź... Czekam na ciebie – szepnęła zjawa i wnet została zasłonięta przez wirujące drobinki. Gdy piach opadł, nikogo już nie było.

Trisha obudziła się z mocno bijącym sercem. Była trzecia w nocy. Idealna pora na dalszą wędrówkę. Noc na pustyni nie jest zwyczajna. Dookoła zalegają nieprzeniknione ciemności, a mimo to wszystko wokół jakby się żarzyło, oddychało i czaiło w mroku.

Do świtu została godzina. Karawana ruszyła naprzód, zostawiając za sobą ostatnią przystań. W mniejszym o dwie osoby składzie, bo ubyło następnych ludzi, decydujących się na pozostanie w Al-Dżauf, obserwowali uśpione słońce, liżące jęzorami promieni kolejne doliny i wzniesienia piasku.

Trisha nie spostrzegła już na pustyni ani jednego żywego ducha prócz nich. Do tej pory czuła i widziała przemykające gdzie niegdzie stworzonka, tudzież ślady pustynnego lisa. A teraz nic. Byli sami, zdani na łaskę rozkapryszonego żywiołu.

Stary Beduin w zamyśleniu pociągnął za brodę. Ile dni musi jeszcze minąć, aż pustynia okaże swój prawdziwy gniew? Spada on znienacka, czy tego chce czy nie chce. Czy tym razem umknie z jej sideł?

Minęły kolejne dni i noce. Kolejny człowiek przepadł zwabiony przez zdradziecką fatamorganę. Nie zdążyli go powstrzymać.

Upał, bezkres, chybotanie wielbłąda, wschody, zachody... Wszystko stało się rutyną. Upłynęły kolejne doby. I w końcu pustynia ukazała swą prawdziwą naturę...

Najpierw poczuli słabe podmuchy wiatru. Stary Beduin zmrużył oczy. Zaczęło się.

Trisha popędziła wielbłąda. I ona wiedziała, co niedługo się stanie.

Wiatr wzmógł się, niosąc ze sobą drobinki piasku. Z zachodniej strony ukazała się nagle potężna, ciemna i skłębiona ściana. Burza piaskowa.

Przez twarz Beduina przemknął nikły uśmiech. Chodź do mnie... Wiedział, że tym razem nie uda się mu jej umknąć.

Zeszli w pośpiechu z wielbłądów i zmusili je do klęknięcia. Ich ciała stanowiły żywą zaporę przed burzą. Innego ratunku nie mieli. Wycie wzmogło się, piach tańczył jak szalony. Wdzierał się wszędzie – między włosy, pod ubrania, do ust. Wiedzieli, że będzie jeszcze gorzej.

Trisha zmrużyła oczy, wtulając ręce w sierść wielbłąda. Kątem oka dostrzegła zarys jakiejś skały. Nie zastanawiała się na tym, czemu nie zauważyła jej wcześniej i czy to silna chęć przetrwania, czy przeznaczenie, sprawiły, że rzuciła się w jej kierunku. Prosto po swoją zgubę. Piach zasłaniał jej widok, wszystko wokół pociemniało. Upadła. Otarła ręką twarz, lecz już się nie podniosła. Pełzła pomału, po omacku, smagana piaskowymi biczami. I gdy straciła nadzieję, poczuła pod ręką chłód skały. Podczołgała się jeszcze bardziej, kolanem zawadziła o coś twardego. Nagle piasek przestał fruwać, jedynie gdzieś z oddali dochodziły odgłosy wyjącego wiatru. Była w jaskini.

Westchnęła cicho. Chcąc oprzeć się o skalną ścianę, odchyliła się nieco. I nagle runęła do tyłu. Spadając, uderzyła głową o nawis. Nieprzytomna, osuwała się w ciemność.

Błyski. Dwa znikające w oddali punkty. Ogień. Łuny na niebie. Dwie, nie, chyba jedna. Pióra. Znowu ogień. Para zimnych, błyszczących oczu. Pożoga, błysk. Popiół. Szary dym. Płomień ogarniający wszystko. Skrzydło? Nie, wygląda jak jęzor ognia. Ogień... Ciemność...

Powoli otworzyła oczy. W głowie czuła tępy, pulsujący ból. Leżała na czymś chłodnym, lecz zewsząd otaczało ją ciepło. Znajdowała się w jakiejś grocie, wszędzie były kamienne ściany, lecz jakby zwęglone, jakby od czegoś bardzo gorącego. Pomyślała o wykopaliskach w Baradai. Tam były inne ściany... Zmrużyła oczy.

Błysk i znów ogień. Tęcza barw, ognista czerwień... Popiół...

Nie, to sen. Burza... Tak, burza piaskowa. Co ona tu robi? Dotknęła delikatnie głowy. Na włosach poczuła śliski materiał. Zdjęła go, krzywiąc się z bólu. Była to czerwona przepaska z namalowanym symbolem.

Ptak... Ptak w ogniu.

- Obudziłaś się już.

Odwróciła się szybko, uderzając ręką o skałę. Obok niej stała kobieta. Kobieta ze snu. Teraz też miała zamknięte oczy. Kruczoczarne włosy spływały jej po ramionach na bawełnianą suknię.

- Kim jesteś?- zapytała strwożona.

- Jestem Arahai.

- Czego ode mnie chcesz? I czemu masz zamknięte oczy? Jesteś...

Powieki nieznajomej uniosły się natychmiast. Pod nimi nie było źrenic, jedynie samo białko.

Ogień i pożoga. Płomienne pióro, kolejny błysk... Ptak...

Trisha odskoczyła przerażona.

- Czemu... – wyjąkała.

- Opiekuję się dziećmi słońca. Nie powinnam ich widzieć.

Trisha popatrzyła w milczeniu na kobietę.

- Nie rozumiesz – uśmiechnęła się – Znajdujesz się w miejscu, którego nikt nie widział na oczy i o którym nikt nie słyszał. W tej grocie rodzą się feniksy. Raz na sto lat z popiołów odradza się nowy feniks, po to, by po kilku dniach znów obrócić się w proch. Mało już ich zostało... Jestem po to, by opiekować się nimi. Widziałaś je. Zostałaś naznaczona. On się nie nadawał – pokazała na kształt leżący w kącie.

Trisha popatrzyła w tym kierunku. Rozpoznała z przerażeniem ciało Mochameda; zduszony krzyk wyrwał się jej z gardła. Kobieta kontynuowała.

- Mój czas dobiega kresu. Będziesz moją następczynią. Feniksy potrzebują opiekuna – zniekształconymi oczami popatrzyła na Trishę.

Ogień. Ptak w ogniu. Feniks...

Kobieta zbliżyła się do bladej ze strachu Trishy.

- Zaśniesz, a gdy się obudzisz mnie już tu nie będzie – szeptała – Nowy feniks odrodzi się niedługo z popiołów.

Już czas, już czas...

Trisha zamknęła oczy. Nie chciała czuć już nic. Nie czuła już nic. Żadnych myśli, strachu, bólu... Jedynie pustkę. Kobieta położyła dłoń na jej czole. Trishę naszła ogromna fala gorąca.

Pióra i ogień...

Było jej dobrze, tak dobrze. Feniks... Jak to pięknie brzmi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz