Zaczął padać deszcz, ludzie zaczęli rozchodzić się do domów, tylko jedna mała postać stała na środku rynku z wyciągniętymi rękoma do ludzi. Stała
tak do póki wszyscy ludzie się nierozeszli, opuściła swoję drobne ręce ku ziemi i upadła na kolana, spod kolan zaczęła lecieć krew, którą deszcz rozmazywał po błękitnym bruku rynku. Klęczała tak, łkając w obolałe dłonie. Ktoś podszedł okrył ją płaszczem i zniknął. Nawet tego niezauważyła, była pogrążona w smutku, w końcu upadła na twarz. Pomyślała -,,śmierć czy nie jest przyjemna, czy nie jest leprza od życia tutaj ?''. Zasnęła.
Obudziła się! Obudziła się w jakimś miejscu, to nie był dom a raczej pałac. ,,Czy to sen'' pomyślała i uszczypnęła się w ramię, dopiero chwilę pużniej zobaczyła, że jest w piżamie, czysta i pachnąca różanym mydłem. Poczuła ból, kolana ją piekły i drażniły, każdy krok sprawiał, że ból się nasilał, ale musiała dowiedzieć się gdzie jest. Ciekawość była silniejsza od bólu.
Otworzyła jedyne drzwi, które znajdowały się w tym pokoju, ten pokuj miał jedynie wielkie łóżko z baldachimem i dwa duże okna, ściany pomalowane były na błękitny kolor z dodatkiem złotych zdobień. Spojrzała za drzwi, jedyne co zobaczyla była pustka, przepaść, gdy stanęła nad krawędzią spadł jej kapeć. Niebyło dna. Wzięła głęboki oddech zamknęła oczy i skoczyła w przepaść.
Spadła na miękką łąkę, łąka ta pokryta była pięknymi kwiatami, niebo było przejrzyste i piękne, świeciło słońce. W oddali widać było czerwono-zielony księżyc i dużą planetę mieniącą się niebieskim światłem.
Orócz niej niebyło nikogo, ani żadnych zwierząt. Zaczęła chodzić tam i z powrotem, zauważyła w trawie księgę, była duża i ciężka, niemogła jej unieść, więc zaczęła czytać ją na ziemi. Pogrążyła się w czytaniu...
Wstała z ziemi, rozejrzała się dookoła i zobaczyła, że jest w zupełnie innym miejscu. Znalazła się w pomieszczeniu, tak ogromnym, że trudno było je ogarnąć wzrokiem. Pomieszczenie było w ruinie, ściany miały dziury tak jak podłoga i sufit, w kątach potrzymujących sufit przyściennych kolumn paliły się jeszcze purpurowym światłem pochodnie. Coraz lepiej widziała tą komnatę, zauważyła obrazy na ścianach w oddali. Podeszła do nich powoli, przyjrzała się im i zobaczyła dziwaczne istoty i postacie, te rzeczy przypominały jej istoty z piekieł i nieba.
- Zobacz! - Rozległ się za jej plecami jakiś głos, opanowany i donośny.
Odwróciła się na pięcie, przerażona. Niebyło nikogo.
- Zobacz! - Odezwał się głos, tuż za nią.
Odwróciła się ponownie. Jej wzrok szukał tego głosu, aż znalazła, stał naprzeciw niej, a raczej unosił się w powietrzu tylko jego oczy były na poziomie jej oczu.
Patrzeli się na siebie przez jakiś czas. Wzięła się w końcu na odwagę i zapytała.
- Kim jesteś?
- A kim chcesz abym był?! - Zapytał się jej.
- Światem. - Odpowiedziała bez namysłu.
- Światem nie będe, ale pokaże ci go!- Odpowiedział i zniknął.
Rozejrzała się znowu dookoła i znowu była w innym miejscu. Stała na szczycie góry na jakiejś wyspie. Widok z tąd był niesamowity, żadna chmura niezasłaniała nieba, słońce świeciło mocno, a w dole widać było inne wyspy, każda z nich wyglądała innaczej, każda musiała być porośnięta innymi kwiatami, drzewami, bo miały inny kolor. Tylko góry były takiej samej wysolości, moż powiedzieć, że tworzyły okrąg wokół wyspy, na którą trafiła.
Nispodziewanie pojawił się koło niej, jej ,,Świat ''.
- Krzycz! - Powiedział szeptem do ucha.
Zaczęła wymawiać swoje imię, słowa jej imienia same wypływały z jej ust i zamieniały się w donośny krzyk.
-Amiriaaaaaaaaal!!!
Usłyszała kilka wybuchów, jeden po drógim. Z wieschołka każdej góry wystrzelił promień w kolorze wyspy, najpierw trochę w górę potem prosto na nią. Niemogła się ruszyć, biały promień otaczał ją, a wokół latały duszki. Kiedy promienie uderzyły w nią poczuła, że unosi się w powietrzu, coraz wyżej i wyżej podlatywała. Spostrzegła, że promienie tworzą kolorami tęcze, tylko się pną do góry spiralą wokół białego promienia.
Doleciała do końca, światło ją oślepiło i dopiero gdy zrobiło się ciemno otworzyła je. Pierwsze co zobaczyła to siebie samą w lustrze, zauważyła, że jest już dorosła. Stała nago, otaczało ją jedno lustro, jakby kapsuła. Pierwszą rzeczą na którą zwróciła uwagę był kolor i długość włosów, które z kasztanowych, znieniły barwę na białą i niektóre tylko kosmyki były jasno błękitne, a sięgały jej za pośladki. Jej piersi urosły, na lewej miała tatuaż w krztałcie oka zza, którego wychodzą pioruny. Pioruny rozchodziły się od oka, wchodziły na połowę brzucha leciały pod pachą po żebrach, lewym pośladku, miednicy po nodze aż do kostki, gdzie niegdzie spływały krople wody. Tatuaż był czarny oprócz kropel wody i żrenicy oka, które były błękitne.
Podniosła dłonie i spojrzała na nie, na dłoniach założone miała jakby diamentowe rękawiczki z błękitnymi okrągłymi klejnotami po wewnętrznej i zewnętrznej stronie. Poczuła jak płynie z jej serca prąd, przez ramiona, szyję do dłoni, klejnoty zaczynają się świecić i wyładowywać na zewnątrz.
Wiedziała co robi, zacisnęła dłonię w pięść. Uderzyła, snop błyskawic uderzył w lustro, wraz z błyskawicą uwolniła swoją całą energię. Straciła przytomność, to uderzenie wyczerpało ją.
Obudziła się w łóżku, w jakimś pokoju, zauważyła, że stoją obok jakieś istoty. Podniosła się na oparcie, przyjrzała się im, kilka z tych istot było bardzo pięknych, obok nich stał robot i jakiś męszczyzna, z tyłu za nimi siedział ,,Świat''.
- Witaj, widze, że wstałaś już. To dobrze chodź szybko! - Nakazała jej jedna z pięknych istot.
Istoty tę wcale nie były ładne wręcz brzydkie, ale biło od nich moc, dzięki której były piękne.
Wstała, nikt więcej się nieodezwał. Nakazano jej założyć szaty, leciutkie jak puch, delikatne jak jedwab, a były one wytrzymałe jak adament. Ubrała się i wyszła za nimi. Szli po moście nad rzeką lawy, gdy odwróciła głowę by zobaczyć gdzie spała, ten dom już płonął.
Doszli do pałacu, pałac był w krztałcie okręgu z trzema wieżami, zakończonymi kopułami, jedna z tyłu, dwie po bokach. Weszli do środka, cały pałac był jednym wielkim pomieszczeniem, na środku którego stał ogromny stół na sto osób conajmniej a na jego szczycie tron. Przy stole gromadziłi się ludzie, te istoty i roboty-androidy.
- Witaj młoda Amirial, usiądź i wysłuchaj mnie.- Nakazał jej gestem dłoni.
- Wyruszysz na wojnę wraz z tym oto robotem. - Wskazaj wielkiego robota, z wielkim mieczem na plecach.
- On doprowadzi cię na kres naszego świata i pomoże przeżyć.
- Ale jak to? Ja niezgadzam się!- Prawie wykrzyczała mu to w twarz.
- Zamknij oczy. - Powiedział do niej a ona go posłuchała.
Gdy je otworzyła, była w innym miejscu. Siedziała na ramionach robota, jakby była dzieckiem siedzącym swojemu ojcu na barana.
- Gdzie jesteśmy?
- W domu. - Odpowiedział robot.
- Jakim domu, czyim? - Zapytała.
- Wszystkiego, spójrz ku niebu.
Spojrzała w niebo, chwile później szli po drodze usłanej z gwiazd. Rozejrzała się dokładnie i spostrzegła, że są w kosmosie, a robot szedł w stronę najjaśniejszej z gwiazd. Energia, latała wokół nich jakby była polem ochronnym.
- Zamknij oczy! - Powiedział do niej robot.
Ponownie przenieśli się do jakiejś krainy, w tej krainie prowadzoo wojnę. Z oddali słychać było odgłosy wybuchów i strzałów. Była to piękna zielona kraina.
Stała już na własnych nogach, trzymała robota za dłoń i szła za nim. Doszli do miasteczka, było ruiną płonącą i walącą się. Szli dalej, wyszli z miasteczka na łąkę, była zielona i kwitły tu kwiaty. Doszli do krawędzi łąki, z tego miejsca widok rozchodził się na okolice kilku kilometrów. Pod górą walczyły jakieś oddziały, toczyli walkę na miecze, każdy ubrany w inna zboje.
- To twoje wojsko. Każ im umrzeć i iść dalej! - Nakazał jej robot.
- Nie! - Powiedziała
- Krzycz! - Do ucha szepnął jej ,,Świat''
Wydała rozkaz. Wszyscy jak stali przerwali walkę, wyciągnęli rewolwery i wycelowali sobie w skroń.
Boom!!!. Rozległ się odgłos wystrzałów.
Padła na ziemie i zaczęła płakać i krzyczeć ,,dlaczego''
Wstała, otarła łzy i zobaczyła, że jest już gdzie indziej. Rozejrzała się i zobaczyła, że stoi na platformie na jeziorze, dookoła jeziora rosły lasy. Niebo było czyste i świeciło słońce.
Pojawił się ,,Świat'' z wyciągniętym mieczem w jej stronę.
- Twoje oczy są słabe, serce miękkie a głowa pusta przepełniona emocjami, dlatego też muszisz zginąć!
- Dlaczego dopiero teraz ? - Zapytała
- Dlatego! - Zdjął szatę, pokazał jej, swoje ciało, miał identyczny tatuaż.-Jesteś niczym, pustą energią.
Zamkęła oczy i poprośiła w duchu aby wróciła do domu, miejsca na rynku.
Poczuła jak krople deszczu spadają na jej malutkie ciało, otworzyła oczy, leżała na błękitnym bruku rynku, pozbawiona sił i czuła, że robi jej się gorąco choć pada zimny deszcz. Oczy zaczęły zachodzić mgłą, niezamknęła ich, aż do końca. Zobaczyła jak robot leży obok niej zniszczony.Cały bruk zalała krew, poczuła ją na swoich malenkich wargach, była to krew jej żołnierzy. Ostatnimi siłami odwróciła się ku niebu i zobaczyła jak padają wraz z deszczem płatki białych kwiatów.
Zamknęła oczy.
tak do póki wszyscy ludzie się nierozeszli, opuściła swoję drobne ręce ku ziemi i upadła na kolana, spod kolan zaczęła lecieć krew, którą deszcz rozmazywał po błękitnym bruku rynku. Klęczała tak, łkając w obolałe dłonie. Ktoś podszedł okrył ją płaszczem i zniknął. Nawet tego niezauważyła, była pogrążona w smutku, w końcu upadła na twarz. Pomyślała -,,śmierć czy nie jest przyjemna, czy nie jest leprza od życia tutaj ?''. Zasnęła.
Obudziła się! Obudziła się w jakimś miejscu, to nie był dom a raczej pałac. ,,Czy to sen'' pomyślała i uszczypnęła się w ramię, dopiero chwilę pużniej zobaczyła, że jest w piżamie, czysta i pachnąca różanym mydłem. Poczuła ból, kolana ją piekły i drażniły, każdy krok sprawiał, że ból się nasilał, ale musiała dowiedzieć się gdzie jest. Ciekawość była silniejsza od bólu.
Otworzyła jedyne drzwi, które znajdowały się w tym pokoju, ten pokuj miał jedynie wielkie łóżko z baldachimem i dwa duże okna, ściany pomalowane były na błękitny kolor z dodatkiem złotych zdobień. Spojrzała za drzwi, jedyne co zobaczyla była pustka, przepaść, gdy stanęła nad krawędzią spadł jej kapeć. Niebyło dna. Wzięła głęboki oddech zamknęła oczy i skoczyła w przepaść.
Spadła na miękką łąkę, łąka ta pokryta była pięknymi kwiatami, niebo było przejrzyste i piękne, świeciło słońce. W oddali widać było czerwono-zielony księżyc i dużą planetę mieniącą się niebieskim światłem.
Orócz niej niebyło nikogo, ani żadnych zwierząt. Zaczęła chodzić tam i z powrotem, zauważyła w trawie księgę, była duża i ciężka, niemogła jej unieść, więc zaczęła czytać ją na ziemi. Pogrążyła się w czytaniu...
Wstała z ziemi, rozejrzała się dookoła i zobaczyła, że jest w zupełnie innym miejscu. Znalazła się w pomieszczeniu, tak ogromnym, że trudno było je ogarnąć wzrokiem. Pomieszczenie było w ruinie, ściany miały dziury tak jak podłoga i sufit, w kątach potrzymujących sufit przyściennych kolumn paliły się jeszcze purpurowym światłem pochodnie. Coraz lepiej widziała tą komnatę, zauważyła obrazy na ścianach w oddali. Podeszła do nich powoli, przyjrzała się im i zobaczyła dziwaczne istoty i postacie, te rzeczy przypominały jej istoty z piekieł i nieba.
- Zobacz! - Rozległ się za jej plecami jakiś głos, opanowany i donośny.
Odwróciła się na pięcie, przerażona. Niebyło nikogo.
- Zobacz! - Odezwał się głos, tuż za nią.
Odwróciła się ponownie. Jej wzrok szukał tego głosu, aż znalazła, stał naprzeciw niej, a raczej unosił się w powietrzu tylko jego oczy były na poziomie jej oczu.
Patrzeli się na siebie przez jakiś czas. Wzięła się w końcu na odwagę i zapytała.
- Kim jesteś?
- A kim chcesz abym był?! - Zapytał się jej.
- Światem. - Odpowiedziała bez namysłu.
- Światem nie będe, ale pokaże ci go!- Odpowiedział i zniknął.
Rozejrzała się znowu dookoła i znowu była w innym miejscu. Stała na szczycie góry na jakiejś wyspie. Widok z tąd był niesamowity, żadna chmura niezasłaniała nieba, słońce świeciło mocno, a w dole widać było inne wyspy, każda z nich wyglądała innaczej, każda musiała być porośnięta innymi kwiatami, drzewami, bo miały inny kolor. Tylko góry były takiej samej wysolości, moż powiedzieć, że tworzyły okrąg wokół wyspy, na którą trafiła.
Nispodziewanie pojawił się koło niej, jej ,,Świat ''.
- Krzycz! - Powiedział szeptem do ucha.
Zaczęła wymawiać swoje imię, słowa jej imienia same wypływały z jej ust i zamieniały się w donośny krzyk.
-Amiriaaaaaaaaal!!!
Usłyszała kilka wybuchów, jeden po drógim. Z wieschołka każdej góry wystrzelił promień w kolorze wyspy, najpierw trochę w górę potem prosto na nią. Niemogła się ruszyć, biały promień otaczał ją, a wokół latały duszki. Kiedy promienie uderzyły w nią poczuła, że unosi się w powietrzu, coraz wyżej i wyżej podlatywała. Spostrzegła, że promienie tworzą kolorami tęcze, tylko się pną do góry spiralą wokół białego promienia.
Doleciała do końca, światło ją oślepiło i dopiero gdy zrobiło się ciemno otworzyła je. Pierwsze co zobaczyła to siebie samą w lustrze, zauważyła, że jest już dorosła. Stała nago, otaczało ją jedno lustro, jakby kapsuła. Pierwszą rzeczą na którą zwróciła uwagę był kolor i długość włosów, które z kasztanowych, znieniły barwę na białą i niektóre tylko kosmyki były jasno błękitne, a sięgały jej za pośladki. Jej piersi urosły, na lewej miała tatuaż w krztałcie oka zza, którego wychodzą pioruny. Pioruny rozchodziły się od oka, wchodziły na połowę brzucha leciały pod pachą po żebrach, lewym pośladku, miednicy po nodze aż do kostki, gdzie niegdzie spływały krople wody. Tatuaż był czarny oprócz kropel wody i żrenicy oka, które były błękitne.
Podniosła dłonie i spojrzała na nie, na dłoniach założone miała jakby diamentowe rękawiczki z błękitnymi okrągłymi klejnotami po wewnętrznej i zewnętrznej stronie. Poczuła jak płynie z jej serca prąd, przez ramiona, szyję do dłoni, klejnoty zaczynają się świecić i wyładowywać na zewnątrz.
Wiedziała co robi, zacisnęła dłonię w pięść. Uderzyła, snop błyskawic uderzył w lustro, wraz z błyskawicą uwolniła swoją całą energię. Straciła przytomność, to uderzenie wyczerpało ją.
Obudziła się w łóżku, w jakimś pokoju, zauważyła, że stoją obok jakieś istoty. Podniosła się na oparcie, przyjrzała się im, kilka z tych istot było bardzo pięknych, obok nich stał robot i jakiś męszczyzna, z tyłu za nimi siedział ,,Świat''.
- Witaj, widze, że wstałaś już. To dobrze chodź szybko! - Nakazała jej jedna z pięknych istot.
Istoty tę wcale nie były ładne wręcz brzydkie, ale biło od nich moc, dzięki której były piękne.
Wstała, nikt więcej się nieodezwał. Nakazano jej założyć szaty, leciutkie jak puch, delikatne jak jedwab, a były one wytrzymałe jak adament. Ubrała się i wyszła za nimi. Szli po moście nad rzeką lawy, gdy odwróciła głowę by zobaczyć gdzie spała, ten dom już płonął.
Doszli do pałacu, pałac był w krztałcie okręgu z trzema wieżami, zakończonymi kopułami, jedna z tyłu, dwie po bokach. Weszli do środka, cały pałac był jednym wielkim pomieszczeniem, na środku którego stał ogromny stół na sto osób conajmniej a na jego szczycie tron. Przy stole gromadziłi się ludzie, te istoty i roboty-androidy.
- Witaj młoda Amirial, usiądź i wysłuchaj mnie.- Nakazał jej gestem dłoni.
- Wyruszysz na wojnę wraz z tym oto robotem. - Wskazaj wielkiego robota, z wielkim mieczem na plecach.
- On doprowadzi cię na kres naszego świata i pomoże przeżyć.
- Ale jak to? Ja niezgadzam się!- Prawie wykrzyczała mu to w twarz.
- Zamknij oczy. - Powiedział do niej a ona go posłuchała.
Gdy je otworzyła, była w innym miejscu. Siedziała na ramionach robota, jakby była dzieckiem siedzącym swojemu ojcu na barana.
- Gdzie jesteśmy?
- W domu. - Odpowiedział robot.
- Jakim domu, czyim? - Zapytała.
- Wszystkiego, spójrz ku niebu.
Spojrzała w niebo, chwile później szli po drodze usłanej z gwiazd. Rozejrzała się dokładnie i spostrzegła, że są w kosmosie, a robot szedł w stronę najjaśniejszej z gwiazd. Energia, latała wokół nich jakby była polem ochronnym.
- Zamknij oczy! - Powiedział do niej robot.
Ponownie przenieśli się do jakiejś krainy, w tej krainie prowadzoo wojnę. Z oddali słychać było odgłosy wybuchów i strzałów. Była to piękna zielona kraina.
Stała już na własnych nogach, trzymała robota za dłoń i szła za nim. Doszli do miasteczka, było ruiną płonącą i walącą się. Szli dalej, wyszli z miasteczka na łąkę, była zielona i kwitły tu kwiaty. Doszli do krawędzi łąki, z tego miejsca widok rozchodził się na okolice kilku kilometrów. Pod górą walczyły jakieś oddziały, toczyli walkę na miecze, każdy ubrany w inna zboje.
- To twoje wojsko. Każ im umrzeć i iść dalej! - Nakazał jej robot.
- Nie! - Powiedziała
- Krzycz! - Do ucha szepnął jej ,,Świat''
Wydała rozkaz. Wszyscy jak stali przerwali walkę, wyciągnęli rewolwery i wycelowali sobie w skroń.
Boom!!!. Rozległ się odgłos wystrzałów.
Padła na ziemie i zaczęła płakać i krzyczeć ,,dlaczego''
Wstała, otarła łzy i zobaczyła, że jest już gdzie indziej. Rozejrzała się i zobaczyła, że stoi na platformie na jeziorze, dookoła jeziora rosły lasy. Niebo było czyste i świeciło słońce.
Pojawił się ,,Świat'' z wyciągniętym mieczem w jej stronę.
- Twoje oczy są słabe, serce miękkie a głowa pusta przepełniona emocjami, dlatego też muszisz zginąć!
- Dlaczego dopiero teraz ? - Zapytała
- Dlatego! - Zdjął szatę, pokazał jej, swoje ciało, miał identyczny tatuaż.-Jesteś niczym, pustą energią.
Zamkęła oczy i poprośiła w duchu aby wróciła do domu, miejsca na rynku.
Poczuła jak krople deszczu spadają na jej malutkie ciało, otworzyła oczy, leżała na błękitnym bruku rynku, pozbawiona sił i czuła, że robi jej się gorąco choć pada zimny deszcz. Oczy zaczęły zachodzić mgłą, niezamknęła ich, aż do końca. Zobaczyła jak robot leży obok niej zniszczony.Cały bruk zalała krew, poczuła ją na swoich malenkich wargach, była to krew jej żołnierzy. Ostatnimi siłami odwróciła się ku niebu i zobaczyła jak padają wraz z deszczem płatki białych kwiatów.
Zamknęła oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz