Nicolas de Lavoisiere spojrzał na zegarek znajdujący się na stacji metra. Już tylko minuta, sekunda. Jest. Metro przyjechało nieprawdopodobnie punktualnie. Zanim usiadł poprawił swój idealnie skrojony garnitur, usiadł ostrożnie aby ani odrobinę go nie zagnieść. Wyjął z nesesera jakieś dokumenty i zaczął je przeglądać. Jego twarz jak zwykle miała beznamiętny wyraz, totalnie wyprana z uczuć. Zawsze był rzeczowy i nie dopuszczał do głosu prywatnych odczuć. Nicolas pracował w końcu jako wysoko postawiony urzędnik państwowy. Nikt nie wiedział jak ważną pełnił funkcję. W rzeczy samej, była to tajna pozycja - szef wydziału do kontroli innych tajnych organizacji państwowych. Z racji tego nigdy nie założył rodziny. Sygnał. Pociąg stanął.
Poprawił modne okulary na chudym nosie. Zebrał dokumenty. Sprawdził czy fryzura jest idealnie ułożona i wyszedł z metra. To miejsce zdecydowanie różniło się od zwykłej stacji. Hal był duży, po bokach raziły bielą plastikowe ławki, na równie białych ścianach wisiały obrazy - zapewne jakaś nowoczesna sztuka. Lavoisierowi to miejsce przypominało jakiś szpital dla czubków. Na końcu pomieszczenia znajdowały się masywne, barkowe drzwi. Klamka co prawda chodziła ciężko, ale nie sprawiło to większych problemów.
Za progiem otoczenie zmieniło się zupełnie. Czerwony elegancki dywan, półki pełne książek i znane obrazy przedstawiające sławne bitwy... zaś za masywnym biurkiem siedział podstarzały mężczyzna. Miał wychudłą twarz, włosy sięgające nieco za barki zebrał w koński ogon. Wzrok stale skupiał na kartce papieru. Nicolas zauważył, że nie ma gdzie usiąść.
- Interesantów nie przyjmujemy. – odezwał się starzec, pisząc coś.
- Jestem z głównego wydziału do kontroli…
- Ach, to pan. Proszę przejść do drzwi znajdującymi się zaraz za mną. A tam już panem się zajmą jak należy.
Lavoisiera oburzyło taki zachowanie - nie był przecież byle kim. Uznał że nie ma sensu wykłócać się ze starcem, w końcu był szefem i założycielem całej tej organizacji... tej „Animy”. Kolejne drzwi i kolejna zmiana. Pomieszczenie było przeogromne. Na głównym panelu ściennym widniał obraz całego świata z trzema rodzajami obszarów: białe, czerwone i czarne. Jak wynikało z wcześniejszego raportu oznaczało to kolejno: brak informacji, strzeżone, brak zapłaty. Z lewej strony znajdował się panel poświęcony budowie „Centrum - ANIMA”. Zaczynał się poczynając od najniższej kondygnacji: Psiarnia, Zawodówka, Dział Technologiczny, Główna kwatera dowodzenia, Paryż. Nicolasa zastanawiało, jak daleko pod ziemię sięga ta struktura. Po prawej znajdowała się dokładna mapa Paryża i miejsca, z których można tu się dostać. Dziwne, bo w raporcie było wspomniane tylko, to którym tu przybył. Wokół wciąż chodzili jacyś ludzie z dokumentami. Praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi. Kolejny raz poczuł się urażony. W końcu był ważnym urzędnikiem i od niego zależało czy organizacja ta dalej będzie funkcjonować. Chciał już kogoś zaczepić i zażądać należnego mu szacunku, gdy podszedł do niego jakiś chłopak. W ogóle nie pasował do otoczenia. Tamci krzątający się ludzie byli ubrani w schludne, niebieskawe koszule, a on przypominał zdemoralizowanego mieszkańca obrzeży miasta.
Wyglądał na około dwadzieścia pięć lat, mierzył mniej więcej metr osiemdziesiąt. Włosy, a właściwie pasek włosów przechodzący przez środek głowy miał kolor piaskowego blondu. Uszy były zgrubiałe jak u zapaśnika, oczy czerwone, przywodzące na myśl szkarłat krwi, nos przekrzywiony na lewą stronę. Brudna biała podkoszulka wisiała nad oliwkowymi bojówkami, zupełnie zszarpanymi na końcu nogawek. A na nogach chyba jedyna rzecz, która była nowa i ani trochę jeszcze nie zabrudzona - trampki. Cały był bardzo dobrze zbudowany. Nicolas na początku tego nie zauważył, ale mężczyzna niósł na plecach gitarę, zwieszoną do dołu gryfem. Lavoisierowi przypominała jedną z tych, na jakich grają członkowie metalowych zespołów, a którą zobaczył przypadkiem w telewizji. Ta miała kształt topora i błyszczała głęboką czernią. Facet bez wątpienia był gitarzystą.
- Idziemy. - mężczyzna pokazał na windę w rogu.
- Jestem Nicolas de Lavoisiere, szef…
- Tak, wiem. Idziemy. – Zniecierpliwiony, sam zaczął iść w jej kierunku. Urzędnik, nie mając wyboru, podążył za nim. Ale tym razem nie zamierzał już pozwalać takie lekceważenie jego pozycji. Bezwzględnie należał mu się szacunek.
- Jeżeli nie będziesz odnosić się do mnie z większym szacunkiem, Francja zabierze wam wszystkie fundusze, a ta idiotyczna organizacja przestanie istnieć. I nie myśl sobie, że to tylko groźba. Powinieneś doskonale wiedzieć od kogo zależy wasze istnienie!
- Skończyłeś? To jedziemy na sam dół. – Blondyn nie przejął się ani odrobinę słowami Nicolasa. Jechali w milczeniu. Oczywiście, Lavoisier mógł złożyć odpowiedni formularz, żądając likwidacji tego oddziału, ale byli zbyt potrzebni. „Niech tylko nasi się doszkolą, wtedy ta psiarnia przestanie być nam w końcu potrzebna. A ja nie będę musiał więcej tutaj przyłazić.” – Myślał. W końcu postanowił dowiedzieć się czegoś o swoim przewodniku.
- Imię ?
- Sześćset dziewięćdziesiąt sześć... a ta ślicznotka na moich plecach to Patty.
- Kto ?
- Moja gitara. Naprawdę, jak na urzędnika jest pan wyjątkowo tępy.
- A pańskie prawdziwe imię?
- Nie pamiętam, z resztą tam, dokąd teraz jedziemy, jest dużo dzieciaków, które nie pamiętają swoich imion, ani przeszłości.
- A co z pańską przeszłością?
- Zadaje pan za dużo pytań, wysiadka.
Szli po kratowanej kładce, aż dotarli do wąskiego korytarza. Po bokach były szyby. Nicolas popukał, by sprawdzić tworzywo z jakiego zostały wykonane. Sądząc po twardości i odgłosie, były pancerne. Dziwne, że sale które mijali ziały pustkami.
- Czyżby coraz mniej „szczeniąt”?
- Nie. Te dzieciaki są zabierane z domów dziecka jako niemowlaki i tu wychowywane. Bez imienia, z wmówionym im jednym celem. Ale cieszę się, że się pytasz. Nasza wspaniała organizacja przygotowała coś specjalnie dla pana, jej cudownego nadzorcy.
- Skąd ta ironia? Wykonuję tylko moją pracę.- Poprawił swoje modne okulary – Pamiętasz, co mówiłem wcześniej?
- Nie zamknie pan tej organizacji, za dobrzy jesteśmy. A bez nas zapanuje chaos, coś na kształt małej apokalipsy. Panu podrze się ten elegancki garniturek, połamią się i te śmieszne okularki. Będzie się pan chował w gruzach Paryża, czekając w strachu na śmierć... Więc niech mnie pan nie rozśmiesza. Wszyscy tutaj o tym wiedzą. Ach, radziłbym też zaprzestać wysyłania tych słabych żołnierzyków na nasze misje, bo tylko plączą się pod nogami. Ostatnio nadprogramowo musiałem kilku ratować. Prawdziwy nietakt posyłać ich bez informowania nas, nieprawdaż ?
- Daleko jeszcze? – Nicolasowi nie przychodziło nic lepszego do głowy. „Idioci. Mieli się tylko przyglądać i obserwować ich technikę. Trzeba będzie pomyśleć, jak inaczej wprowadzić naszych do gry.”
- Właściwie jesteśmy na miejscu. Miłego oglądania. – Numer Sześćset dziewięćdziesiąt sześć lekko zacisnął pięści.
Za szybą znajdowało się ogromne pomieszczenie, coś na kształt sali treningowej, o kształcie półkuli. Na obrzeżach znajdowało się kilka wejść do niej. Pośrodku trzęsła się klatka wysoka na około siedem metrów, a przed nią stał mały dzieciak. Chudy, w brudnym ubraniu i z łukiem w kościstej dłoni. Na szczycie sklepienia zapaliła się niewielka, zielona lampka. Chłopczyk wystrzelił strzałę w kłódkę zabezpieczająca klatkę i odskoczył. Ze środka wyłoniła się mgła, szybko materializująca się w cieniokształtną istotę. Dziecko powoli naciągnęło cięciwę, wycelowało, puściło. Strzała wybuchła przy spotkaniu z demonem. Kurz powoli opadał.
- Już?
- Tak, w końcu płacicie nam za szybkość i efektywność. Myślałeś, że to będzie godzinna walka? Taka jak w waszych dziwnych filmach?
- Spodziewałem się, że przynajmniej zobaczę na czym to polega.
- Niedoczekanie Twoje! Żeby wasze żołnierzyki znów mogły nam się plątać pod nogami? – Na twarzy Nicolasa pojawił się na chwilę cień zawodu, lecz szybko wróciła do beznamiętnego wyrazu.
- Wracamy. Nie przejdziemy już do „Zawodówki”.
- A czemuż to mamy tamtędy nie przechodzić? Mam przecież skontrolować WSZYSTKO.
- Z kilku powodów, panie kontrolerze. – kącik ust numeru Sześcset dziewięćdziesiąt sześć uniósł się lekko. – Po pierwsze, nie mamy tam dla pana żadnych atrakcji. Po drugie, próbował by pan coś podglądać. A po trzecie, strasznie to niebezpieczne, Nicolas.
- Dla Ciebie pan Nicolas de Lavoisier.
- W takim razie wytłumaczę, żeby nie czuł się pan zbyt rozczarowany. W „Zawodówce” szkolimy już dostatecznie wykwalifikowanych młodych posługiwania się bronią dostosowaną do ich indywidualnych umiejętności oraz podstaw magii. Osobiście powiem panu szczerze, że magia jest piekielnie trudna... co prawda opanowałem wszystkie, jak na razie, możliwe umiejętności z tej dziedziny, ale to była ciężka harówka. Dzięki Patty plasuję się w czołówce Redamptorów. Potrafię użyć zarówno jej dźwięku, jak i jej budowy jako broni, delikatnie to modyfikując. Naprawdę ciekawe jest że numer Pięćset dziewięćdziesiąt osiem posługuje się pędzlem i specjalnymi farbami. Niezwykły gość. Byłby świetnym malarzem, gdyby tu nie trafił. Prawdziwa strata. Ale stąd nie ma odwrotu, organizacja nie puszcza nas wolno. Pod skórą mamy specjalną „magiczną technologię”. Dzięki temu kontrolują naszą akcję serca i pilnują, żebyśmy nie wymknęli się z pod ich kontroli. W dziale technologicznym, do którego teraz jedziemy, opracowuje się głównie nowe zaklęcia oraz ulepsza się nasz sprzęt wraz z dodatkowym wyposażeniem.
W momencie skończenia tłumaczenia blondyna winda otworzyła się. Nicolas zauważył, że to pomieszczenie przypominało tamto na peronie. Białe, z bohomazami na ścianach. Zamiast ławek były łóżka, na których leżały dzieci, jakim wszczepiano wspomniane wcześniej elektroniczne zabawki. Pod ścianami ludzie w białych fartuchach majstrowali przy broniach - kilku egzemplarzach mieczy, szabli, fletów, gitary, bata, nawet chińskich pałeczkach. Za ścianami dało się słyszeć wrzaski i delikatne wybuchy. Ktoś szarpnął Nicolasa za jego idealnie skrojony garnitur i wepchnął z powrotem do windy. Był to numer Sześćset dziewięćdziesiąt sześć. Jechali w górę. W pewnym momencie blondyn zatrzymał windę.
- Co do…- Nicolas de Lavoisier, mocno zaniepokojony, patrzył prosto w te krwiste oczy i aż się zląkł. Były złe, jak u najdzikszej bestii.
- Słuchaj, nie mogę prosić, żebyś zamknął „Animę” bo od tego zależy wasze życie. Ale zmniejsz liczbę dzieciaków przysyłanych tutaj co najmniej o jedną trzecią. Wystarczy nas. Mnie nie obchodzi, jak będziemy zarabiać, jak zdobędziemy fundusze na utrzymanie tego wszystkiego i dalszy rozwój. Ale te dzieciaki w większości i tak giną przy pierwszych misjach. Więc… ?
- Tak będzie.- Nicolas zaczął się pocić. Ze strachu przymknął powieki. Ku jego uldze, winda ruszyła, a mężczyzna odsunął się trochę dalej. Kiedy dojechali już na górę, numer Sześćset dziewięćdziesiąt sześć odprowadził urzędnika pod drzwi szefa, odwrócił się na pięcie i wrócił do tej samej windy, którą tu przyjechali. Nicolas zauważył, że gitarę blondyna zdobi krwistoczerwony napis „Patty”, mający kolor tych przerażających, dzikich oczu.
Spokojnie przeszedł przez gabinet należący do siwego mężczyzny, nie odzywając się ani słowem. Miarowym krokiem przemierzył pomieszczenie z plastikowymi ławkami. Kiedy wszedł na peron, metro już na niego czekało. Wsiadł. Usiadł ostrożnie, żeby nie zagnieść swojego idealnie skrojonego garnituru. Wytarł delikatnie chudą twarz chusteczką, poprawił modne okulary. Otworzył neseser i jeszcze raz zaczął przeglądać dokumenty. „Niech ten wariat się wypcha. To ja tu rządzę, nic się nie zmieni. Póki nie znajdziemy tańszego sposobu, będą się za nas pozbywać tych kłopotliwych demonów. A te dzieciaki mają tam dyscyplinę, nie to co na powierzchni - tylko pijaństwo i włóczęgostwo.” Urzędnik szybko zapominał o obietnicy. Myślał tylko o swojej pozycji. W końcu był wysokim urzędnikiem. –„A te chciwe psy niech dalej rzucają się na marne ochłapy mięsa i robią, co do nich należy.
Nicolas de Lavoisiere jeszcze raz sprawdził, czy jego fryzura jest idealna i wyszedł na zatłoczone ulice Paryża.
Poprawił modne okulary na chudym nosie. Zebrał dokumenty. Sprawdził czy fryzura jest idealnie ułożona i wyszedł z metra. To miejsce zdecydowanie różniło się od zwykłej stacji. Hal był duży, po bokach raziły bielą plastikowe ławki, na równie białych ścianach wisiały obrazy - zapewne jakaś nowoczesna sztuka. Lavoisierowi to miejsce przypominało jakiś szpital dla czubków. Na końcu pomieszczenia znajdowały się masywne, barkowe drzwi. Klamka co prawda chodziła ciężko, ale nie sprawiło to większych problemów.
Za progiem otoczenie zmieniło się zupełnie. Czerwony elegancki dywan, półki pełne książek i znane obrazy przedstawiające sławne bitwy... zaś za masywnym biurkiem siedział podstarzały mężczyzna. Miał wychudłą twarz, włosy sięgające nieco za barki zebrał w koński ogon. Wzrok stale skupiał na kartce papieru. Nicolas zauważył, że nie ma gdzie usiąść.
- Interesantów nie przyjmujemy. – odezwał się starzec, pisząc coś.
- Jestem z głównego wydziału do kontroli…
- Ach, to pan. Proszę przejść do drzwi znajdującymi się zaraz za mną. A tam już panem się zajmą jak należy.
Lavoisiera oburzyło taki zachowanie - nie był przecież byle kim. Uznał że nie ma sensu wykłócać się ze starcem, w końcu był szefem i założycielem całej tej organizacji... tej „Animy”. Kolejne drzwi i kolejna zmiana. Pomieszczenie było przeogromne. Na głównym panelu ściennym widniał obraz całego świata z trzema rodzajami obszarów: białe, czerwone i czarne. Jak wynikało z wcześniejszego raportu oznaczało to kolejno: brak informacji, strzeżone, brak zapłaty. Z lewej strony znajdował się panel poświęcony budowie „Centrum - ANIMA”. Zaczynał się poczynając od najniższej kondygnacji: Psiarnia, Zawodówka, Dział Technologiczny, Główna kwatera dowodzenia, Paryż. Nicolasa zastanawiało, jak daleko pod ziemię sięga ta struktura. Po prawej znajdowała się dokładna mapa Paryża i miejsca, z których można tu się dostać. Dziwne, bo w raporcie było wspomniane tylko, to którym tu przybył. Wokół wciąż chodzili jacyś ludzie z dokumentami. Praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi. Kolejny raz poczuł się urażony. W końcu był ważnym urzędnikiem i od niego zależało czy organizacja ta dalej będzie funkcjonować. Chciał już kogoś zaczepić i zażądać należnego mu szacunku, gdy podszedł do niego jakiś chłopak. W ogóle nie pasował do otoczenia. Tamci krzątający się ludzie byli ubrani w schludne, niebieskawe koszule, a on przypominał zdemoralizowanego mieszkańca obrzeży miasta.
Wyglądał na około dwadzieścia pięć lat, mierzył mniej więcej metr osiemdziesiąt. Włosy, a właściwie pasek włosów przechodzący przez środek głowy miał kolor piaskowego blondu. Uszy były zgrubiałe jak u zapaśnika, oczy czerwone, przywodzące na myśl szkarłat krwi, nos przekrzywiony na lewą stronę. Brudna biała podkoszulka wisiała nad oliwkowymi bojówkami, zupełnie zszarpanymi na końcu nogawek. A na nogach chyba jedyna rzecz, która była nowa i ani trochę jeszcze nie zabrudzona - trampki. Cały był bardzo dobrze zbudowany. Nicolas na początku tego nie zauważył, ale mężczyzna niósł na plecach gitarę, zwieszoną do dołu gryfem. Lavoisierowi przypominała jedną z tych, na jakich grają członkowie metalowych zespołów, a którą zobaczył przypadkiem w telewizji. Ta miała kształt topora i błyszczała głęboką czernią. Facet bez wątpienia był gitarzystą.
- Idziemy. - mężczyzna pokazał na windę w rogu.
- Jestem Nicolas de Lavoisiere, szef…
- Tak, wiem. Idziemy. – Zniecierpliwiony, sam zaczął iść w jej kierunku. Urzędnik, nie mając wyboru, podążył za nim. Ale tym razem nie zamierzał już pozwalać takie lekceważenie jego pozycji. Bezwzględnie należał mu się szacunek.
- Jeżeli nie będziesz odnosić się do mnie z większym szacunkiem, Francja zabierze wam wszystkie fundusze, a ta idiotyczna organizacja przestanie istnieć. I nie myśl sobie, że to tylko groźba. Powinieneś doskonale wiedzieć od kogo zależy wasze istnienie!
- Skończyłeś? To jedziemy na sam dół. – Blondyn nie przejął się ani odrobinę słowami Nicolasa. Jechali w milczeniu. Oczywiście, Lavoisier mógł złożyć odpowiedni formularz, żądając likwidacji tego oddziału, ale byli zbyt potrzebni. „Niech tylko nasi się doszkolą, wtedy ta psiarnia przestanie być nam w końcu potrzebna. A ja nie będę musiał więcej tutaj przyłazić.” – Myślał. W końcu postanowił dowiedzieć się czegoś o swoim przewodniku.
- Imię ?
- Sześćset dziewięćdziesiąt sześć... a ta ślicznotka na moich plecach to Patty.
- Kto ?
- Moja gitara. Naprawdę, jak na urzędnika jest pan wyjątkowo tępy.
- A pańskie prawdziwe imię?
- Nie pamiętam, z resztą tam, dokąd teraz jedziemy, jest dużo dzieciaków, które nie pamiętają swoich imion, ani przeszłości.
- A co z pańską przeszłością?
- Zadaje pan za dużo pytań, wysiadka.
Szli po kratowanej kładce, aż dotarli do wąskiego korytarza. Po bokach były szyby. Nicolas popukał, by sprawdzić tworzywo z jakiego zostały wykonane. Sądząc po twardości i odgłosie, były pancerne. Dziwne, że sale które mijali ziały pustkami.
- Czyżby coraz mniej „szczeniąt”?
- Nie. Te dzieciaki są zabierane z domów dziecka jako niemowlaki i tu wychowywane. Bez imienia, z wmówionym im jednym celem. Ale cieszę się, że się pytasz. Nasza wspaniała organizacja przygotowała coś specjalnie dla pana, jej cudownego nadzorcy.
- Skąd ta ironia? Wykonuję tylko moją pracę.- Poprawił swoje modne okulary – Pamiętasz, co mówiłem wcześniej?
- Nie zamknie pan tej organizacji, za dobrzy jesteśmy. A bez nas zapanuje chaos, coś na kształt małej apokalipsy. Panu podrze się ten elegancki garniturek, połamią się i te śmieszne okularki. Będzie się pan chował w gruzach Paryża, czekając w strachu na śmierć... Więc niech mnie pan nie rozśmiesza. Wszyscy tutaj o tym wiedzą. Ach, radziłbym też zaprzestać wysyłania tych słabych żołnierzyków na nasze misje, bo tylko plączą się pod nogami. Ostatnio nadprogramowo musiałem kilku ratować. Prawdziwy nietakt posyłać ich bez informowania nas, nieprawdaż ?
- Daleko jeszcze? – Nicolasowi nie przychodziło nic lepszego do głowy. „Idioci. Mieli się tylko przyglądać i obserwować ich technikę. Trzeba będzie pomyśleć, jak inaczej wprowadzić naszych do gry.”
- Właściwie jesteśmy na miejscu. Miłego oglądania. – Numer Sześćset dziewięćdziesiąt sześć lekko zacisnął pięści.
Za szybą znajdowało się ogromne pomieszczenie, coś na kształt sali treningowej, o kształcie półkuli. Na obrzeżach znajdowało się kilka wejść do niej. Pośrodku trzęsła się klatka wysoka na około siedem metrów, a przed nią stał mały dzieciak. Chudy, w brudnym ubraniu i z łukiem w kościstej dłoni. Na szczycie sklepienia zapaliła się niewielka, zielona lampka. Chłopczyk wystrzelił strzałę w kłódkę zabezpieczająca klatkę i odskoczył. Ze środka wyłoniła się mgła, szybko materializująca się w cieniokształtną istotę. Dziecko powoli naciągnęło cięciwę, wycelowało, puściło. Strzała wybuchła przy spotkaniu z demonem. Kurz powoli opadał.
- Już?
- Tak, w końcu płacicie nam za szybkość i efektywność. Myślałeś, że to będzie godzinna walka? Taka jak w waszych dziwnych filmach?
- Spodziewałem się, że przynajmniej zobaczę na czym to polega.
- Niedoczekanie Twoje! Żeby wasze żołnierzyki znów mogły nam się plątać pod nogami? – Na twarzy Nicolasa pojawił się na chwilę cień zawodu, lecz szybko wróciła do beznamiętnego wyrazu.
- Wracamy. Nie przejdziemy już do „Zawodówki”.
- A czemuż to mamy tamtędy nie przechodzić? Mam przecież skontrolować WSZYSTKO.
- Z kilku powodów, panie kontrolerze. – kącik ust numeru Sześcset dziewięćdziesiąt sześć uniósł się lekko. – Po pierwsze, nie mamy tam dla pana żadnych atrakcji. Po drugie, próbował by pan coś podglądać. A po trzecie, strasznie to niebezpieczne, Nicolas.
- Dla Ciebie pan Nicolas de Lavoisier.
- W takim razie wytłumaczę, żeby nie czuł się pan zbyt rozczarowany. W „Zawodówce” szkolimy już dostatecznie wykwalifikowanych młodych posługiwania się bronią dostosowaną do ich indywidualnych umiejętności oraz podstaw magii. Osobiście powiem panu szczerze, że magia jest piekielnie trudna... co prawda opanowałem wszystkie, jak na razie, możliwe umiejętności z tej dziedziny, ale to była ciężka harówka. Dzięki Patty plasuję się w czołówce Redamptorów. Potrafię użyć zarówno jej dźwięku, jak i jej budowy jako broni, delikatnie to modyfikując. Naprawdę ciekawe jest że numer Pięćset dziewięćdziesiąt osiem posługuje się pędzlem i specjalnymi farbami. Niezwykły gość. Byłby świetnym malarzem, gdyby tu nie trafił. Prawdziwa strata. Ale stąd nie ma odwrotu, organizacja nie puszcza nas wolno. Pod skórą mamy specjalną „magiczną technologię”. Dzięki temu kontrolują naszą akcję serca i pilnują, żebyśmy nie wymknęli się z pod ich kontroli. W dziale technologicznym, do którego teraz jedziemy, opracowuje się głównie nowe zaklęcia oraz ulepsza się nasz sprzęt wraz z dodatkowym wyposażeniem.
W momencie skończenia tłumaczenia blondyna winda otworzyła się. Nicolas zauważył, że to pomieszczenie przypominało tamto na peronie. Białe, z bohomazami na ścianach. Zamiast ławek były łóżka, na których leżały dzieci, jakim wszczepiano wspomniane wcześniej elektroniczne zabawki. Pod ścianami ludzie w białych fartuchach majstrowali przy broniach - kilku egzemplarzach mieczy, szabli, fletów, gitary, bata, nawet chińskich pałeczkach. Za ścianami dało się słyszeć wrzaski i delikatne wybuchy. Ktoś szarpnął Nicolasa za jego idealnie skrojony garnitur i wepchnął z powrotem do windy. Był to numer Sześćset dziewięćdziesiąt sześć. Jechali w górę. W pewnym momencie blondyn zatrzymał windę.
- Co do…- Nicolas de Lavoisier, mocno zaniepokojony, patrzył prosto w te krwiste oczy i aż się zląkł. Były złe, jak u najdzikszej bestii.
- Słuchaj, nie mogę prosić, żebyś zamknął „Animę” bo od tego zależy wasze życie. Ale zmniejsz liczbę dzieciaków przysyłanych tutaj co najmniej o jedną trzecią. Wystarczy nas. Mnie nie obchodzi, jak będziemy zarabiać, jak zdobędziemy fundusze na utrzymanie tego wszystkiego i dalszy rozwój. Ale te dzieciaki w większości i tak giną przy pierwszych misjach. Więc… ?
- Tak będzie.- Nicolas zaczął się pocić. Ze strachu przymknął powieki. Ku jego uldze, winda ruszyła, a mężczyzna odsunął się trochę dalej. Kiedy dojechali już na górę, numer Sześćset dziewięćdziesiąt sześć odprowadził urzędnika pod drzwi szefa, odwrócił się na pięcie i wrócił do tej samej windy, którą tu przyjechali. Nicolas zauważył, że gitarę blondyna zdobi krwistoczerwony napis „Patty”, mający kolor tych przerażających, dzikich oczu.
Spokojnie przeszedł przez gabinet należący do siwego mężczyzny, nie odzywając się ani słowem. Miarowym krokiem przemierzył pomieszczenie z plastikowymi ławkami. Kiedy wszedł na peron, metro już na niego czekało. Wsiadł. Usiadł ostrożnie, żeby nie zagnieść swojego idealnie skrojonego garnituru. Wytarł delikatnie chudą twarz chusteczką, poprawił modne okulary. Otworzył neseser i jeszcze raz zaczął przeglądać dokumenty. „Niech ten wariat się wypcha. To ja tu rządzę, nic się nie zmieni. Póki nie znajdziemy tańszego sposobu, będą się za nas pozbywać tych kłopotliwych demonów. A te dzieciaki mają tam dyscyplinę, nie to co na powierzchni - tylko pijaństwo i włóczęgostwo.” Urzędnik szybko zapominał o obietnicy. Myślał tylko o swojej pozycji. W końcu był wysokim urzędnikiem. –„A te chciwe psy niech dalej rzucają się na marne ochłapy mięsa i robią, co do nich należy.
Nicolas de Lavoisiere jeszcze raz sprawdził, czy jego fryzura jest idealna i wyszedł na zatłoczone ulice Paryża.
Anima – łac. Dusza
Redemptor – łac. Odkupiciel
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz