czwartek, 1 kwietnia 2010

Praca konkursowa #25: Vision of my Illusions

Vision of my illusions
od Asobu

Świat stawał się coraz bardziej niemożliwy, chwilami nawet nieznośny. Ludzie zapomnieli już, że wśród nich żyją istoty inne niż oni. Nienawidziłam tego, że rada nie pozwalała ukazywać ludziom naszej natury. A bardziej od ich zasad nienawidziłam moich rodziców.

Dziecko wielkiego władcy Egiptu i nic nieznaczącej wampirzycy. Potępiona od urodzenia, musiałam znosić ludzi na każdym kroku.



Gdybym miała żyć w zakłamaniu, trwałabym nadal w tym bagnie. Jednak obudziłam się i wyciągnęłam leniwie ręce ku nowemu światu. Mam nadzieje, że tu wszystko będzie lepsze, niż w starym, obumierającym już mieście.



Otworzyłam powoli oczy, będąc przekonana, że cała podróż już minęła. Uśmiechnęłam się triumfalnie do siebie, gdy moje oczekiwania się sprawdziły. Wstałam do pozycji siedzącej i spojrzałam przez okno. Peron na którym się znajdowałam, był w opłakanym stanie. Nie przeszkadzało mi to. Otworzyłam okno i nabrałam powietrza do płuc. Po chwili, lekko wydmuchując świeży gaz, leniwie wstałam i sięgnęłam po walizkę.



Wyszłam z pociągu, zostawiając za sobą przeszłość. Chciałam powiedzieć sobie, że zaczynam nowy rozdział, ale chwilami wydaje mi się, że stare nawyki powracają.



Rozglądając się za najbliższą taksówką szłam w stronę ulicy. Gdy natknęłam się na stojący na poboczu samochód przypominający mi cel poszukiwań, udałam się w jego stronę. W maszynie siedział mężczyzna, który wydawać się mógł zrzędliwym starcem, o czym świadczył wyraz jego twarzy.



Zapukałam niepewnie w okno. Mężczyzna spojrzał w moją stronę i uśmiechnął się jakby od niechcenia. Nagle otworzył okno i odrzekł ponuro:



- Będziesz tak stała? Czy wsiadasz?- po chwili spojrzał na przednią szybę.



Nie wiem kiedy znalazłam się na siedzeniu pasażera, ale chciałam jak najszybciej dojechać do internatu. Auto ruszyło, a ja spuściłam wzrok na kolana. Wzdrygnęłam się, gdy mężczyzna zapytał dokąd ma jechać. Odpowiedziałam pospiesznie na jego pytanie i próbowałam uniknąć dalszej rozmowy.



Nie należałam do osób wdających się w relacje z nieznajomymi. Wiem, że jestem silna, jednak to było poza granicami moich możliwości. Przeszłość, którą zesłała na mnie matka, dała mi nieufność do ludzi. Nienawidziłam tego.



Moje rozmyślenia przerwał spokój. Spojrzałam na kierowcę i zorientowałam się, że stoimy w miejscu. Odwróciłam wzrok na szybę. Zdziwiłam się, gdy nie umiałam dopatrzeć się internatu, wokół było ciemno. Spojrzałam ponownie na mężczyznę, gdy ten siedział w nieruchomej pozycji. Chciałam się odezwać, ale powstrzymałam się. Intuicja podpowiadała, że to zły pomysł.



- Dalej nie mogę jechać.- odrzekł w końcu. - To nie jest miejsce dla ludzi.- dodał. Wyprostowałam się na jego słowa.



Uśmiechnęłam się po chwili, widać przeceniał mnie. Zamyśliłam się jeszcze na chwile i w końcu nabrałam mocno powietrza. Wysiadłam z samochodu i bez namysłu udałam się w wskazaną przez mężczyznę drogę. Ścieszka, którą podążałam nie była oświetlona nawet jedną latarnią, a na dodatek było zimno. Wzdrygnęłam się, gdy poczułam przeraźliwy chłód na swoim ramieniu.



- Kim jesteś ?- spytała postać za mną.



Nie byłam pewna czy naprawdę kogoś słyszę, ostatnio zbyt wiele dzieje się w mojej głowie. Dlatego też milczałam. Rozmówca jednak powtórzył pytanie.



- Jestem...- chciałam już odpowiedzieć, gdy właściciel głosu odwrócił mnie sprawnie przodem do siebie. - Jestem…- powtórzyłam, lecz nie umiałam wymówić nawet swojego imienia. Postać okazała się chłopakiem, był blady. Patrzył na mnie z góry, wiedziałam że nie był mile nastawiony. Jednak czego można się spodziewać po nędznym wampirze.



- Nowa w szkole ?- nagle za chłopakiem znalazł się drugi, był blondynem.

- Tak.- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się od niechcenia.



Odsunęłam się gwałtownie do tyłu, nie chciałam by nadal trzymał na mnie swoją rękę. Popatrzyłam na nich skrzywiona.



- Pewnie nie wiesz kim jesteśmy.- powiedział blondyn, uśmiechnięty arogancko.

- Nie przeceniaj mnie.- w tej chwili dostrzegłam, że nie jest ich już dwóch, tylko pięcioro.



Jedyne czego brakowało mi do szczęścia to grupka pewnych siebie wampirów. Splotłam leniwie ręce na brzuchu i oparłam się o pobliskie drzewo patrząc na nich rozbawiona.



- Widzę, że nie jesteś taka jak my.- powiedział jeden z nowoprzybyłych, nie odróżniającym się niczym szczególnym od towarzyszy.



Spojrzałam na niego, dalej nie ruszając się z miejsca. Bawiła mnie ich głupota, przez chwilę chciałam już iść, ale byłam ciekawa co się stanie.



- Nie powiem, można pogratulować spostrzegawczości.- zażartowałam, nie przejmując się dalszymi konsekwencjami. W tej samej chwili chłopak odsłonił swoje śnieżnobiałe zęby, sycząc na mnie.



- Nie jesteś zbyt rozważna.- uśmiechnął się jeden z wampirów i podszedł o krok bliżej.

- Jesteś tego pewien?- spytałam, pokazując im moje czerwone oczy.



Nie wiedząc czemu cała grupka odsunęła się do tyłu. Po chwili dopiero zorientowałam się, że doszedł do nich jeszcze jeden chłopak. Jednak ten odróżniał się od innych. Zaciągnęłam mocniej powietrze do płuc. Mogłam się tego spodziewać, był czystokrwistym.



- Odejdźcie, ja się nią zajmę.- wydał im rozkaz, gdy oni tylko bez słowa zniknęli w głębi lasu.

- Przepraszam za nich.- w tej chwili spojrzał na mnie. – Jestem Lucjusz.



Chłopak uśmiechnął się nieznacznie i podszedł bliżej. Nie miałam nic przeciwko jego działaniom, ale nie będąc świadoma zlękłam się trochę. Gdy znalazł się wystarczająco blisko, rozpromieniał. Byłam zszokowana jego reakcją, zachowywał się tak jakby mnie znał.



- Zaprowadzić Cię do akademiku?- odezwał się w końcu, przerywając niepokojącą ciszę.

Przytaknęłam tylko, nie odzywając się więcej. Nie byłam teraz zbyt rozmowna, miałam wiele do przemyślenia.



Przez całą drogę szliśmy w milczeniu, tylko ptaki plotły przyjemne dźwięki, a wiatr zaczął coraz szybciej tańczyć, jakby wczuwał się w rytm muzyki lasu. Lubiłam cisze, ona jedyna dawała mi pole do swobodnego myślenia.



Gdy dotarliśmy na miejsce, rozejrzałam się podejrzliwie dookoła. Nie widząc żywej duszy, spojrzałam na swojego towarzysza pytająco.



- Teraz jest pora ciszy.- odpowiedział na moje nie zadane pytanie. Zrobiłam wielkie oczy, skąd wiedział, że właśnie o to pytam?

- Ale?- spytałam półgłosem, byłam naprawdę zdziwiona. Czyżby czytał w myślach?

- Oh przepraszam za moje maniery.- złapał się odruchowo za głowę, spoglądając na rozgwieżdżone niebo. – Mam moc przewidywania przyszłości i zobaczyłem, jak pytasz się o to.



Przepowiadanie przyszłości? Z każdą minutą był coraz bardziej interesujący. Uniosłam tylko kąciki ust i weszłam do internatu, zostawiając Lucjusza na zewnątrz. Nagle rozbrzmiał się w moich uszach tłum głosów. Rozejrzałam się po korytarzu i zauważyłam kilkunastu uczniów rozmawiających ze sobą. Gdy mnie zauważyli, umilkli. Przeszłam koło nich obojętnie, na dziś starczy wrażeń. Udałam się od razu do swojego pokoju, którego numer powiedziała mi jedna z nauczycielek przez telefon.



Minęło zaledwie kilka minut, a znalazłam się w pokoju. Ujrzawszy bagaże, które przywieziono na rozkaz mojego ojca, rzuciłam się na łóżko. Czy on zawsze musi traktować mnie jak księżniczkę? Przecież zapomniałam, on ma tak ważne stanowisko, że wstydem byłoby, gdybym targała to wszystko sama.



Myśląc jeszcze chwile o słowach wypowiadanych nieraz przez ojca, przebrałam się do snu. Chwile później znalazłam się już pod kołdrą. Znudzona, w głowie zobrazowałam postać czystokrwistego. Jednak Morfeusz odezwał się swoim aksamitnym głosem i przytulił mnie do siebie.



Od tego pamiętnego dnia minął rok.



Szkolne dni były monotonne, oprócz świąt i wakacji, w które musiałam niechętnie wracać do domu. Od kilku miesięcy czułam, jakby tu było moje miejsce. Wszędzie indziej byłam wyobcowana, wśród ludzi, a nawet wśród rodziny i rady.



Obudziłam się. Jak zwykle przywitał mnie radosny uśmiech Natashy. Tak, zapomniałam. Miesiąc po tym jak przybyłam do akademika, dali mi współlokatorkę. Rudowłosą wampirzycę.



- Lilith, jak zwykle późno wstajesz.- stwierdziła i przytuliła mnie do siebie.

- I jak zwykle późno się kładę.- jak na wampirzycę, była pogodna. Uśmiech, którym obdarowywała każdego, nigdy nie schodził z jej twarzy.

- Niestety Twoja ludzka część jak zawsze bierze górę.- dodała. Skrzywiłam się na jej słowa, nie lubiłam, gdy wspominała o mnie.



Spojrzała na mnie znacząco i zakryła usta dłonią.



- Przepraszam.- powiedziała, jak zawsze na swoje błędy.

- Nic nie szkodzi.- odpowiedziałam i ubrałam się.



Po chwili wyszłam z pokoju bez słowa. Przechodząc korytarzem, nie patrząc nawet na uczniów, wybiegłam na świeże powietrze. Coś, nie do końca wiedziałam co, ciągnęło mnie do lasu. Bez namysłu udałam się za głosem w środku swojego umysłu. Chodziłam dłuższą chwilę między zielonymi panami. Jednak sekundę później usłyszałam dwa męskie głosy.



- Kogo my tu mamy.- odwróciłam się gwałtownie do tyłu.

- Taka samiuteńka.- dodał drugi.



Nie odzywałam się, byłam zbyt zmęczona. Spojrzałam na nich i dostrzegłam, że ani jeden nie był uczniem naszej szkoły.



- Ciekawe co dadzą nam za ciało córki Hetemesa?- mówili między sobą. Skąd wiedział, że jestem jego córką? I czego tutaj szukali?



Powiedzieli coś jeszcze do siebie, ledwo usłyszanego przez moje uszy i wyciągnęli noże. W tym samym momencie odsunęłam się o kilka kroków do tyłu.



- Czego ode mnie chcecie?- spytałam, będąc świadoma niebezpieczeństwa.



Na moje pytanie zaśmiali się tylko szyderczo, podchodząc coraz bliżej. Wskoczyłam odruchowo na drzewo, nie wiedząc co zrobić. Miałam coraz mniej sił, a akurat teraz ktoś chce mnie zabić. Nagle jeden z mężczyzn wskoczył koło mnie na drzewo, próbując zadać cios nożem, jednak zdążyłam uciec. W końcu zebrałam się na atak, ale był bezużyteczny.



Poczułam ból w całym ciele. Dlaczego akurat teraz moja ludzka połowa próbowała się uwolnić? Złapałam się za głowę, czując ból. Spojrzałam na mężczyzn i zaczęłam biec. Wiedząc, że ucieczka nic nie da, poddałam się i położyłam na ziemi. Z każdą minutą coraz bardziej czułam nasilenie bólu, które za każdym razem przypływało z większą siłą.



Moja głupota nie miała teraz znaczenia, ale wiem, że gdybym została w akademiku, nie zaistniałaby ta sytuacja.



Powoli zasypiałam, jednak po krótkiej chwili usłyszałam nad sobą głos mężczyzn. Ledwo przytomna, nie umiałam dosłyszeć nawet najmniejszego słowa. Czułam jak moje ciało słabnie, a coś, co siedziało we mnie, rozrywało mnie od środka, próbując się wydostać.



Uśmiechając się, zasnęłam. Morfeusz pogładził mnie po włosach i z chęcią przyjął do świata snu. Otworzyłam oczy, ale nie słysząc już mężczyzn, ani nie widząc wokół siebie lasu, domyśliłam się, że jestem gdzieś indziej, niż byłam przed chwilą.



- Lilith, zaczekaj!- w mojej głowie zawirował jego głos, który za każdym razem powtarzał moje imię. - Lilith!- powtórzył, jednak ja dalej nieprzytomna wsłuchiwałam się w kochany przez moje uszy baryton.

Nagle złapała mnie jego dłoń. W tej chwili poczułam, że muszę wrócić, by na niego spojrzeć. Odwróciłam się momentalnie i ujrzałam jego twarz. Położyłam powoli rękę na jego policzku i odrzekłam:



- Lucjusz.- uśmiechnęłam się pogodnie.



Tylko on sprawiał, że moje usta formowały uśmiech. Zawdzięczałam mu wszystko, co działo się przez ten rok.



- Gdzie ja jestem?- spytałam jak zagubione dziecko, przyglądając się dalej jego oczom.

- Nie martw się.- przytulił mnie do siebie. – Jestem przy Tobie.- wyszeptał mi czule do ucha.



Teraz nic się nie liczyło, oprócz jego. Mogłabym być nawet w piekle, byle byłby tam on. Jednak wiem tylko jedno, że umarłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz