„Im więcej się uczysz, tym więcej wiesz.
Im więcej wiesz, tym więcej zapominasz.
Im więcej zapominasz, tym mniej wiesz.
Więc, po co się uczyć?”
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam te słowa, pomyślałam, że powiedział je ktoś z głową na karku. Potem doszłam do wniosku, że jak rodzice będą się kłócić o oceny, które i tak nie są najgorsze, to posłużę się tymi słowami jako argumentem. Kiedyś chciałam im powiedzieć, że „Uczę się dla siebie, nie dla nich”, ale gdyby tak było naprawdę, to na koniec roku szkolnego miałabym prawie same zagrożenia, bo zamiast się uczyć, oglądałabym anime. Skończyło się na tym, że nie powiedziałam im, ani jednego, ani drugiego, ale za to odkryłam, dlaczego się uczę. Po co chodzę do szkoły. Odpowiedź jest prosta: Dla przyjaciół.
Oni mnie napędzają, dodają skrzydeł i sprawiają, że chce się żyć. Dni, w których czułam się jakbym nie miała przyjaciół, były najgorszymi momentami w moim życiu. Nawet kiedyś narysowałam sobie wykres nastrojów, jakie mam w ciągu doby. Czas największego rozmarzenia i radości był czasem spędzonym w szkole wśród przyjaciół i dobrych znajomych. Cokolwiek nie robię, myślę o nich.
Nawet teraz, kiedy próbuję zmusić się do wstania z ciepłego i wygodnego łóżka, pachnącego jeszcze snem i nocnymi marzeniami, myślę o wszystkich rówieśnikach, którzy coś dla mnie znaczą. Oni wiedzą jak teraz cierpię zmuszając się do wyrwania z objęć Morfeusza.
- Inguś, wstawaj natychmiast! – zza drzwi dobiegł mnie głos mojej mamy, a jednocześnie najgorszy dźwięk, jaki słyszę z rana. Nie mam na myśli tego, że mam złe stosunki z mamą, ale budzenie mnie w taki sposób i o tej porze jest dla mnie barbarzyństwem.
- Już, już – mruknęłam i obróciłam się na drugi bok.
Po kilku minutach leżenia, serii porannego przeciągania i przypomnieniu sobie, jaki dzień tygodnia mamy, wstałam, obijając się o wszystkie meble w pokoju. Jak zwykle rano się guzdrałam, więc do szkoły musiałam iść szybkim marszem, żeby dojść do budynku na czas. Na szczęście nie było obowiązku zmiany obuwia, więc nie musiałam tracić cennych sekund. Spokojnym krokiem doszłam do pracowni biologicznej, gdzie czekała na mnie moja najlepsza przyjaciółka Marlena.
- Cytryna! – wydarłam się i przywitałam dziewczynę buziakiem w policzek. Dopiero kiedy się od niej odsunęłam, uświadomiłam sobie, że coś w jej wyglądzie się zmieniło – Co ty zrobiłaś z włosami!?
- Przefarbowałam – odpowiedziała z diabelskim uśmieszkiem.
To było podobne do Cytryny. Zawsze czymś mnie zaskakiwała, mimo że znałam ją od piaskownicy. Była nieprzewidywalna, ale teraz byłam bardziej zszokowana niż kiedykolwiek indziej. Z niedowierzaniem wzięłam w dwa palce kosmyk fioletowych włosów. Nie mogłam uwierzyć, że kiedy ostatnio ją widziałam, były złociste.
- Postacie w anime często mają oczogrzejne kolory włosów – powiedziała i popatrzyła się znacząco gdzieś ponad moje ramię.
Za nami stała nauczycielka biologii ze zdegustowaną miną. W przeciwieństwie do całej klasy, nie wyraziła zachwytu nad nową fryzurą Cytryny.
Wkrótce zadzwonił dzwonek.
Na biologii jak zwykle panowała cisza. Nikt nie chciał być pytany, więc na wszelki wypadek nikt się nie odzywał. Los chciał, że zapytany został Wojtuś – kujon, klasowy wyrzutek i najniższa osoba na roczniku w jednym. Na każde pytanie odpowiedział śpiewając, więc dostał swoje wymarzone 5.
- Są ludzie i taborety, ale żeby urodzić się klamką... – dobiegł mnie zirytowany szept Cytryny.
Nie było to tajemnicą, że Wojtuś ją strasznie wkurzał. Na każdym kroku okazywała mu zaciekłą nienawiść, ale czasami po prostu nie dało się z niego nie nabijać, chociaż zdarzały się chwile, kiedy było mi jego żal. Nikt nigdy go nie bronił, a wszyscy wokół potrafili być wrogami. Bywały dni, w których wszyscy żyli z nim w symbiozie, ale z reguły tak nie było.
Moje rozmyślania o Wojtku przerwał głos nauczycielki dyktującej notatkę o oddychaniu roślin.
- To chyba już będzie wszystko... Możecie sobie jeszcze dopisać, że oddychanie tlenowe to po angielsku „aerobic respiration”. Czy ktoś się domyśla jak jest oddychanie beztlenowe?
- Fitness! – krzyknął ktoś z tyłu sali i cała klasa łącznie z nauczycielką wybuchnęła śmiechem.
- Prawie zgadliście – powiedziała kobieta.
Reszta lekcji upłynęła we względnym spokoju. Następna była matematyka. Nigdy jej nie lubiłam, a nawet szczerze ją nienawidziłam. Na szczęści Cytryna tez nie lubiła tej lekcji, bo inaczej podałabym z nudów. Tym razem zabrałyśmy się za rysowanie białych stron wszystkich kserówek z zadaniami z geometrii. Było tego tak dużo, że nie starczyło nam czasu na zapełnienie wszystkich kartek, ale przynajmniej twórczo spędziłyśmy godzinę, w czasie której powinnyśmy liczyć pola wszystkich figur geometrycznych. Jakby nie patrzeć do rysowania też była potrzebna matematyka. W końcu na tym opierają się proporcje: na liczbach i ich wykorzystaniu.
Następne lekcje były tylko nudniejsze i coraz bardziej dobijające, więc zaczęłam się zastanawiać, czy przyjaźń wymaga takiego poświęcenia, jakim jest chodzenie do szkoły każdego dnia (pomijając weekendy, święta i ferie), lecz nagle przypomniałam sobie, jak w trzeciej klasie podstawówki przez dwa tygodnie byłam chora na ospę wietrzną. Myślałam wtedy, że wyjdę z siebie z nudów i wręcz marzyłam, żeby znów znaleźć się w szkole. W końcu wróciłam do placówki i nie byłam aż taka szczęśliwa, jak się spodziewałam.
Z coraz większym zniecierpliwienie wyczekiwałam muzyki, która była ostatnią godziną tego dnia. Po języku polskim, niemieckim, chemii i geografii miałam dość, więc z ulgą weszłam do pracowni muzycznej. Zawsze panowała tam luźna i wesoła atmosfera.
- Śpiewanie! – wydarła się Cytryna, kiedy usłyszała temat dzisiejszej lekcji.
Fioletowowłosa zawsze lubiła śpiewać, mimo że fałszowała, a jej „wysokie C” brzmiało jak odgłos godowy walenia. Kiedy zaczynała śpiewać, ludzie z najbliższego otoczenia mówili tylko „Cytryna, zamknij się!”. Czasami było jej smutno z tego powodu, bo naprawdę kochała nucić, ale za grosz nie miała talentu muzycznego, a wszystkie jej próby poprawienia swojego głosu spełzły na niczym.
Nasz nauczyciel wybrał kilka piosenek, których teksty nam rozdał, a sam je zagrał na starym pianinie, które znajdowało się w klasie. Wszystkie znałam i znaczna większość mi się podobała. Były radosne, skoczne i melodyjne, czyli wręcz idealne do śpiewania. Słyszałam jak Marlena starała się utrzymać w dobrej tonacji. Nie wychodziła jej wcale, ale to nie było dla niej przeszkodą do głośnego zawodzenia.
Wkrótce lekcja dobiegła końca i wszyscy uczniowie wybiegli na szkolne podwórko skąpane w promieniach wiosennego słońca. Niektórzy poszli na boisko po drugiej stronie ogrodzenia by pograć w piłkę, inni rozłożyli się na soczyście zielonej trawie, część czekała na rogu skrzyżowania na swoich rodziców, a reszta wracała do domów na pieszo. Ja ruszyłam z buta mijając grupy ludzi w różnym wieku. Niestety nie było przy mnie Marleny, bo mieszkała na drugim końcu miasta, nad czym strasznie ubolewałam.
Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wejściu do domu było włączenie komputera. Zawsze tak robiłam. Niestety byłam uzależniona od tej maszyny, a tak dokładniej od anime, które oglądałam z wypiekami na twarzy każdego dnia. Mama już nie raz groziła mi wizytą u psychologa, ale ja i tak dalej robiłam swoje. Wpatrywałam się w monitor jak zaczarowana aż, do 20, ale wtedy mama wróciła z pracy i wściekła kazała mi odrobić lekcje. Z bólem serca wyłączyłam cały sprzęt i sprawdziłam, co miałam zadane na następny dzień. O ile dobrze pamiętałam, tylko autocharakterystykę satyryczną na język polski. Bez większego namysłu zaczęłam pisać to, co przyszło mi do głowy.
„Nazywam się Nowak, Inga Nowak – znana w półświatku przestępczym jako ‘czekoladka’. Moim ulubionym zajęciem jest kradzież czekolady z szafek w kuchni. Często bywam też paserem. Pod łóżkiem przechowuję złoża czekolady mlecznej i tej z nadzieniem owocowym za niewielką opłatą.
Wszyscy sądzą, że jestem grzeczną dziewczynką, która nie potrafi się bronić i wyrazić swojego zdania, ale tak naprawdę nic o mnie nie wiedzą. Jak coś mnie zdenerwuję, potrafię być bezlitosna. Taka mucha latająca wokół lampy ginie jednym machnięciem packi na owady. Mimo swojej wrodzonej agresywności, przyjaciele są dla mnie bardzo mili. Nie pamiętam, żeby pobili mnie tak, żebym trafiła do szpitala.
Moją największa pasją jest koszykówka. Odkąd sięgam pamięcią, uwielbiałam rzucać papierki po cukierkach do kosza na śmieci. Z resztą na lekcjach wychowania fizycznego nie byłam gorsza. Wszyscy wiedzą z jaką elegancją potrafię zasnąć na ławeczce rezerwowych. Oprócz sportów interesuję się również sztuką kulinarną. Uwielbiam przesiadywać w kuchni pomagając mojej mamie w gotowaniu – w końcu tester jest bardzo ważną osobą.
Z takim człowiekiem jak ja każdy chce się przyjaźnić, jednak niewiele osób może dostąpić tego zaszczytu.”
Przyjrzałam się krytycznie mojej pracy zapisanej koślawym pismem w zeszycie. Nigdy nie miałam polotu literackiego, więc nie spodziewałam się też dobrej oceny.
- Dwója będzie – powiedziałam do siebie na głos i ziewnęłam głośno.
Nie zwlekając zbyt długo, ponownie włączyłam komputer. Pierwsze, co zrobiłam, to odwiedziłam wszystkie, fora, na których pisałam. Jakby nie patrzeć tam tez miałam przyjaciół, chociaż nie byłam z nimi tak zżyta jak z tymi ze szkoły.
A teraz kto mi powie, że człowiek nie jest istotą społeczną?
Oni mnie napędzają, dodają skrzydeł i sprawiają, że chce się żyć. Dni, w których czułam się jakbym nie miała przyjaciół, były najgorszymi momentami w moim życiu. Nawet kiedyś narysowałam sobie wykres nastrojów, jakie mam w ciągu doby. Czas największego rozmarzenia i radości był czasem spędzonym w szkole wśród przyjaciół i dobrych znajomych. Cokolwiek nie robię, myślę o nich.
Nawet teraz, kiedy próbuję zmusić się do wstania z ciepłego i wygodnego łóżka, pachnącego jeszcze snem i nocnymi marzeniami, myślę o wszystkich rówieśnikach, którzy coś dla mnie znaczą. Oni wiedzą jak teraz cierpię zmuszając się do wyrwania z objęć Morfeusza.
- Inguś, wstawaj natychmiast! – zza drzwi dobiegł mnie głos mojej mamy, a jednocześnie najgorszy dźwięk, jaki słyszę z rana. Nie mam na myśli tego, że mam złe stosunki z mamą, ale budzenie mnie w taki sposób i o tej porze jest dla mnie barbarzyństwem.
- Już, już – mruknęłam i obróciłam się na drugi bok.
Po kilku minutach leżenia, serii porannego przeciągania i przypomnieniu sobie, jaki dzień tygodnia mamy, wstałam, obijając się o wszystkie meble w pokoju. Jak zwykle rano się guzdrałam, więc do szkoły musiałam iść szybkim marszem, żeby dojść do budynku na czas. Na szczęście nie było obowiązku zmiany obuwia, więc nie musiałam tracić cennych sekund. Spokojnym krokiem doszłam do pracowni biologicznej, gdzie czekała na mnie moja najlepsza przyjaciółka Marlena.
- Cytryna! – wydarłam się i przywitałam dziewczynę buziakiem w policzek. Dopiero kiedy się od niej odsunęłam, uświadomiłam sobie, że coś w jej wyglądzie się zmieniło – Co ty zrobiłaś z włosami!?
- Przefarbowałam – odpowiedziała z diabelskim uśmieszkiem.
To było podobne do Cytryny. Zawsze czymś mnie zaskakiwała, mimo że znałam ją od piaskownicy. Była nieprzewidywalna, ale teraz byłam bardziej zszokowana niż kiedykolwiek indziej. Z niedowierzaniem wzięłam w dwa palce kosmyk fioletowych włosów. Nie mogłam uwierzyć, że kiedy ostatnio ją widziałam, były złociste.
- Postacie w anime często mają oczogrzejne kolory włosów – powiedziała i popatrzyła się znacząco gdzieś ponad moje ramię.
Za nami stała nauczycielka biologii ze zdegustowaną miną. W przeciwieństwie do całej klasy, nie wyraziła zachwytu nad nową fryzurą Cytryny.
Wkrótce zadzwonił dzwonek.
Na biologii jak zwykle panowała cisza. Nikt nie chciał być pytany, więc na wszelki wypadek nikt się nie odzywał. Los chciał, że zapytany został Wojtuś – kujon, klasowy wyrzutek i najniższa osoba na roczniku w jednym. Na każde pytanie odpowiedział śpiewając, więc dostał swoje wymarzone 5.
- Są ludzie i taborety, ale żeby urodzić się klamką... – dobiegł mnie zirytowany szept Cytryny.
Nie było to tajemnicą, że Wojtuś ją strasznie wkurzał. Na każdym kroku okazywała mu zaciekłą nienawiść, ale czasami po prostu nie dało się z niego nie nabijać, chociaż zdarzały się chwile, kiedy było mi jego żal. Nikt nigdy go nie bronił, a wszyscy wokół potrafili być wrogami. Bywały dni, w których wszyscy żyli z nim w symbiozie, ale z reguły tak nie było.
Moje rozmyślania o Wojtku przerwał głos nauczycielki dyktującej notatkę o oddychaniu roślin.
- To chyba już będzie wszystko... Możecie sobie jeszcze dopisać, że oddychanie tlenowe to po angielsku „aerobic respiration”. Czy ktoś się domyśla jak jest oddychanie beztlenowe?
- Fitness! – krzyknął ktoś z tyłu sali i cała klasa łącznie z nauczycielką wybuchnęła śmiechem.
- Prawie zgadliście – powiedziała kobieta.
Reszta lekcji upłynęła we względnym spokoju. Następna była matematyka. Nigdy jej nie lubiłam, a nawet szczerze ją nienawidziłam. Na szczęści Cytryna tez nie lubiła tej lekcji, bo inaczej podałabym z nudów. Tym razem zabrałyśmy się za rysowanie białych stron wszystkich kserówek z zadaniami z geometrii. Było tego tak dużo, że nie starczyło nam czasu na zapełnienie wszystkich kartek, ale przynajmniej twórczo spędziłyśmy godzinę, w czasie której powinnyśmy liczyć pola wszystkich figur geometrycznych. Jakby nie patrzeć do rysowania też była potrzebna matematyka. W końcu na tym opierają się proporcje: na liczbach i ich wykorzystaniu.
Następne lekcje były tylko nudniejsze i coraz bardziej dobijające, więc zaczęłam się zastanawiać, czy przyjaźń wymaga takiego poświęcenia, jakim jest chodzenie do szkoły każdego dnia (pomijając weekendy, święta i ferie), lecz nagle przypomniałam sobie, jak w trzeciej klasie podstawówki przez dwa tygodnie byłam chora na ospę wietrzną. Myślałam wtedy, że wyjdę z siebie z nudów i wręcz marzyłam, żeby znów znaleźć się w szkole. W końcu wróciłam do placówki i nie byłam aż taka szczęśliwa, jak się spodziewałam.
Z coraz większym zniecierpliwienie wyczekiwałam muzyki, która była ostatnią godziną tego dnia. Po języku polskim, niemieckim, chemii i geografii miałam dość, więc z ulgą weszłam do pracowni muzycznej. Zawsze panowała tam luźna i wesoła atmosfera.
- Śpiewanie! – wydarła się Cytryna, kiedy usłyszała temat dzisiejszej lekcji.
Fioletowowłosa zawsze lubiła śpiewać, mimo że fałszowała, a jej „wysokie C” brzmiało jak odgłos godowy walenia. Kiedy zaczynała śpiewać, ludzie z najbliższego otoczenia mówili tylko „Cytryna, zamknij się!”. Czasami było jej smutno z tego powodu, bo naprawdę kochała nucić, ale za grosz nie miała talentu muzycznego, a wszystkie jej próby poprawienia swojego głosu spełzły na niczym.
Nasz nauczyciel wybrał kilka piosenek, których teksty nam rozdał, a sam je zagrał na starym pianinie, które znajdowało się w klasie. Wszystkie znałam i znaczna większość mi się podobała. Były radosne, skoczne i melodyjne, czyli wręcz idealne do śpiewania. Słyszałam jak Marlena starała się utrzymać w dobrej tonacji. Nie wychodziła jej wcale, ale to nie było dla niej przeszkodą do głośnego zawodzenia.
Wkrótce lekcja dobiegła końca i wszyscy uczniowie wybiegli na szkolne podwórko skąpane w promieniach wiosennego słońca. Niektórzy poszli na boisko po drugiej stronie ogrodzenia by pograć w piłkę, inni rozłożyli się na soczyście zielonej trawie, część czekała na rogu skrzyżowania na swoich rodziców, a reszta wracała do domów na pieszo. Ja ruszyłam z buta mijając grupy ludzi w różnym wieku. Niestety nie było przy mnie Marleny, bo mieszkała na drugim końcu miasta, nad czym strasznie ubolewałam.
Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wejściu do domu było włączenie komputera. Zawsze tak robiłam. Niestety byłam uzależniona od tej maszyny, a tak dokładniej od anime, które oglądałam z wypiekami na twarzy każdego dnia. Mama już nie raz groziła mi wizytą u psychologa, ale ja i tak dalej robiłam swoje. Wpatrywałam się w monitor jak zaczarowana aż, do 20, ale wtedy mama wróciła z pracy i wściekła kazała mi odrobić lekcje. Z bólem serca wyłączyłam cały sprzęt i sprawdziłam, co miałam zadane na następny dzień. O ile dobrze pamiętałam, tylko autocharakterystykę satyryczną na język polski. Bez większego namysłu zaczęłam pisać to, co przyszło mi do głowy.
„Nazywam się Nowak, Inga Nowak – znana w półświatku przestępczym jako ‘czekoladka’. Moim ulubionym zajęciem jest kradzież czekolady z szafek w kuchni. Często bywam też paserem. Pod łóżkiem przechowuję złoża czekolady mlecznej i tej z nadzieniem owocowym za niewielką opłatą.
Wszyscy sądzą, że jestem grzeczną dziewczynką, która nie potrafi się bronić i wyrazić swojego zdania, ale tak naprawdę nic o mnie nie wiedzą. Jak coś mnie zdenerwuję, potrafię być bezlitosna. Taka mucha latająca wokół lampy ginie jednym machnięciem packi na owady. Mimo swojej wrodzonej agresywności, przyjaciele są dla mnie bardzo mili. Nie pamiętam, żeby pobili mnie tak, żebym trafiła do szpitala.
Moją największa pasją jest koszykówka. Odkąd sięgam pamięcią, uwielbiałam rzucać papierki po cukierkach do kosza na śmieci. Z resztą na lekcjach wychowania fizycznego nie byłam gorsza. Wszyscy wiedzą z jaką elegancją potrafię zasnąć na ławeczce rezerwowych. Oprócz sportów interesuję się również sztuką kulinarną. Uwielbiam przesiadywać w kuchni pomagając mojej mamie w gotowaniu – w końcu tester jest bardzo ważną osobą.
Z takim człowiekiem jak ja każdy chce się przyjaźnić, jednak niewiele osób może dostąpić tego zaszczytu.”
Przyjrzałam się krytycznie mojej pracy zapisanej koślawym pismem w zeszycie. Nigdy nie miałam polotu literackiego, więc nie spodziewałam się też dobrej oceny.
- Dwója będzie – powiedziałam do siebie na głos i ziewnęłam głośno.
Nie zwlekając zbyt długo, ponownie włączyłam komputer. Pierwsze, co zrobiłam, to odwiedziłam wszystkie, fora, na których pisałam. Jakby nie patrzeć tam tez miałam przyjaciół, chociaż nie byłam z nimi tak zżyta jak z tymi ze szkoły.
A teraz kto mi powie, że człowiek nie jest istotą społeczną?
Bardzo fajnie napisane. Jestem pod wrażeniem i pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń