Ból. Cierpienie. Rozpacz. Żal. Strach. Te uczucia odczuwałem. Cierpiałem z powodu bólu, który zawładnął moim ciałem. Rozpacz, żal z powodu ludzkiej obojętności na krzywdę innych. Strach był moim cieniem. Bałem się, że znajdą mnie gdzieś, gdzie nikt i nic nie będzie mi mogło pomóc i wtedy przestanę istnieć, moja egzystencja dobiegnie końca. Nie mogłem nikomu o tym powiedzieć. Jeśli oni dowiedzieliby się, że komuś powiedziałem, to z pewnością pozbyliby się mnie już na zawsze.
Mam na imię Mateusz, niedługo skończę 16 lat. Do obecnej szkoły przeniosłem się 2 lata temu. Musiałem zmienić gimnazjum, bo ojciec wyprowadził się do swojej nowej dziewczyny, a mnie, matkę i siostrę zostawił samych sobie. Bardzo rzadko go odwiedzam. Pela nie chce utrzymywać z nim kontaktu. Pela to skrót od imienia Pelagia, jest moją młodszą siostrą. Nasz bardzo „inteligentny” ojciec wymyślił to imię i się przy nim upierał. Mama nie miała nic do powiedzenia w tej kwestii. Musiała ją tylko urodzić. Tata chciał zrobić z Peli sportowca, ale ona bardziej interesowała się sztuką, rysowaniem. Ja natomiast wolałem muzykę, grę na pianinie i gitarze. Jego marzenia o sportowcu w rodzinie nie ziściły się. Sądzę, że to dlatego nas zostawił. Pela obwinia o to siebie, ale to nie może być prawda. Tak niewinna istota, jak ona, nie jest w stanie zrobić czegoś złego. Zawsze uprzejma, troskliwa, jednym słowem : ideał.
Kiedy przekroczyłem próg nowej szkoły, od razu zwrócili na mnie uwagę. Nie miałem markowych ciuchów, nie byłem modnie uczesany, dobrze zbudowany, wysportowany. „Przeciętniak”, tak mnie określili. Właśnie dlatego wybrali mnie. Ktoś taki jak ja, nie sprzeciwiłby się im. Zawsze chodzili całą grupą, czyli w czwórkę : Marcin, Artur, Rafał i Sebastian, czyli MARS. Któregoś dnia w połowie września mama dostała w pracy nowy, bardzo modny telefon. Niewiele osób taki miało. Komórka była wyposażona w bardzo dobry aparat i kamerę. MARS chciał obejrzeć telefon, więc im go dałem. Powiedzieli, że niedługo oddadzą. Pod koniec dnia poprosiłem, żeby mi oddali komórkę. Stwierdzili, że to „gówno” jest nic niewarte, że to tylko złom, robi brzydkie zdjęcia. Marcin rzucił mi go z całej siły pod nogi. Przestraszony, szybko podniosłem telefon. Ekran miał pęknięcie, ale komórka nadawała się jeszcze do użytku. Bałem się powiedzieć o tym mamie, więc na razie go nie oddawałem. Dopiero po jakimś czasie, kiedy przyszedł rachunek, mama chciała zobaczyć telefon. Musiałem jej pokazać. Była zdenerwowana i ciągle pytała, co się z nim stało. Odpowiedziałem, że prawdopodobnie wysunął mi się z kieszeni i wypadł. Potem zapytała, skąd się wziął tak „kosmiczny” rachunek. Przemilczałem to. Domyśliłem się, że to sprawka MARSA. Nie mogłem jej powiedzieć. Nie chciałem wyjść na „konfidenta”, kapusia. Największy ból sprawiło mi to, że mama nie krzyczała na mnie. Była smutna. Powiedziała mi, żebym poszedł do siebie. Kiedy odchodziłem, powiedziała : „Smutno mi nie z tego powodu, że popsułeś ekran telefonu, ale dlatego, że nie mówisz mi wszystkiego”. Wtedy płakałem po raz pierwszy od dłuższego czasu.
Pierwsze wyłudzenia zaczęły się w grudniu. Najpierw chcieli „pożyczać” po 5zł, ale nie oddawali. Potem zaczęli mówić, że powiedzą wszystkim, że oglądam „pornole”. To nieprawda, ale kto by mi uwierzył? Moje słowo przeciwko ich słowu. Przegrałbym tą walkę. W styczniu grozili, że mnie pobiją. Zmuszali mnie do kradzieży. Robiłem to, bo strach nie pozwalał mi powiedzieć „nie”.
Luty. To wtedy zaczęła się najgorsza część mojego życia. Za pierwszym razem zaciągnęli mnie koło śmietników na terenie szkoły. Nikt tam nie chodził, bo smród odpychał wszystkich. Najpierw zaczęli mnie poszturchiwać. Rafał i Sebastian patrolowali, czy jest czysty teren i czy nikt się nie zbliża. Jeśli ktoś szedłby w naszą stronę, mieli gwizdać na palcach. Marcin i Artur w pewnym momencie tej „zabawy” stwierdzili, że to mało zabawne. Zaczęli mnie kopać i bić w niewidocznych miejscach, ukrytych pod ubraniem. Wtedy miałem nadzieję, że znajdę się poza klatką tego bólu, cierpienia, wiecznego strachu. Myślałem, że na tym się skończy. Niestety powiedzenie, że nadzieja jest matką głupich, sprawdziło się i tym razem. Od końca lutego „zabawa” była coraz bardziej brutalna, agresywna, była przesycona żądzą krwi. Kiedy mnie uderzali, sprawiało im to przyjemność. Zupełnie tak, jakby byli „na haju”, wprawiało ich to w błogostan. Na początku marca postanowiłem się im postawić. Wtedy oberwałem w głowę, aż mnie zamroczyło. Skopali mnie do nieprzytomności. Chyba się lekko przestraszyli, bo kiedy się ocknąłem, to klepali mnie po twarzy, żebym się obudził. Po kilku minutach stwierdzili, że wszystko ze mną OK i poszli sobie. Ledwo doszedłem do domu. Wszystko mnie bolało. Wziąłem kąpiel. Nie dałbym rady wziąć prysznica. Nie ustałbym już na nogach. Dobrze, że mama wróciła późno z pracy. Zaraz zaczęłyby się pytania, chciałaby wszystko wiedzieć. Gdybym powiedział jej, straciłbym wszystko. Stałbym się pośmiewiskiem całej szkoły. Nie chciałbym tego przeżyć. Klasa wiedziała, że mnie biją, ale każdy się ich bał. Nikt nie mógł mi pomóc. Od tamtej pory, bili mnie codziennie. Moje ciało było wyczerpane, mózg nie mógł się skupić na lekcjach. Było coraz gorzej.
Pewnego dnia zaczęły się głuche telefony. To oni. Byłem tego pewien. W połowie marca spotkałem ich w parku, ale udało mi się uciec. Od tamtego dnia bałem się wychodzić z domu. Mama poprosiła mnie, żebym zrobił zakupy na kolację, ponieważ ona późno wróci. Co mogłem zrobić? Gdybym powiedział : „Nie”, to zapytałaby : „Dlaczego?”. Nie powiem jej. Nigdy jej nie powiem. Tamtego dnia poszedłem po te zakupy. Postanowiłem wrócić przez las. Prawie nikt tamtędy nie chodził. Jednakże los mi nie sprzyjał. Spotkałem ich. Zaczęło się niewinnie, potem coraz brutalniej. Prosiłem, a nawet błagałem, żeby dali mi spokój, lecz to ich jeszcze bardziej „kręciło”. Chcieli zobaczyć moją bieliznę. Ściągnęli mi spodnie. Śmiali się, bo nie miałem markowej bielizny ani markowych ubrań. Zanim się spostrzegłem, nie miałem na sobie bokserek. Rafał i Sebastian mnie trzymali. Nie śmiali się. Wydawali się nawet przerażeni. To było dla mnie dziwne, zobaczyć, że Rafał i Sebastian się boją. Czułem się taki upokorzony, obolały, zmęczony fizycznie i tak samo, a może nawet bardziej, zmęczony psychicznie. Czułem się tak, jakby odebrano mi resztki godności. Nie pamiętam, jak wróciłem do domu.
Tamtego dnia zrozumiałem, że już nigdy nie znajdę się poza tą klatką, która robi się coraz bardziej ciasna. Czułem się, jakbym miał klaustrofobię. Dusiłem się. Zrozumiałem, że jedyną ucieczka dla mnie jest śmierć. Zdobycie broni było trudne, ale... Wszystko miałem dokładnie zaplanowane. Postanowiłem, że zrobię to w lesie.
Napisałem list do mamy z wyjaśnieniem, dlaczego popełniłem samobójstwo. Opowiedziałem jej wszystko, podałem nazwiska. Nie chciałem, żeby byli dalej na wolności. „W międzyczasie pisałem pamiętnik w komputerze. Tam jest wszystko opisane. Wystarczy zajrzeć.” – napisałem jej.
Kiedy nadszedł „sądny dzień”, byłem bardzo spokojny. Postanowiłem zrobić to wieczorem, na najmniej uczęszczanej dróżce. Przyłożyłem pistolet do głowy. Pomyślałem : „A jednak uda mi się znaleźć poza klatką tego wszystkiego.” Naciskałem spust. Po chwili ktoś mi wyrwał pistolet z ręki. Nie usłyszałem, kiedy podeszła do mnie ona. Dziewczyna, która mogłaby być boginią zasiadającą na Olimpie. Sama Afrodyta byłaby zazdrosna o jej urodę. Wybawicielka była ubrana w ciuchy do joggingu. Musiała mnie zauważyć, kiedy biegła i postanowiła uratować samobójcę. Byłem jednocześnie zły i szczęśliwy, że ktoś mi pomógł. Pomyślałem, że gdybym wybrał inny termin, mógłbym jej nie spotkać. Zacząłem płakać. Nie wiem dlaczego. To się stało automatycznie. Dziewczyna miała zatroskana minę. O nic nie pytała. Usiadła, żeby zaczerpnąć tchu. Kiedy usiadłem obok niej, zaczęła delikatnie masować moje plecy, żebym się uspokoił. Po pewnym czasie zacząłem jej o wszystkim opowiadać. Słuchała uważnie ze skupioną miną. Nie śmiała się z takiego nieudacznika jak ja. Kiedy skończyłem swoją opowieść, milczała przez chwilę, po czym spytała : „I co z tym teraz zrobimy?” Odpowiedziałem, że nie wiem, jestem zagubiony. Poprosiłem ją o pomoc. Zgodziła się. Jeszcze tego samego dnia poszedłem z Anią na komisariat. Wspierała mnie. Byłem jej bardzo wdzięczny.
Była w tym samym wieku co ja. Teraz jest moją dziewczyną. Bardzo się kochamy. MARS miał rozprawę w sądzie dla nieletnich. Marcin i Artur poszli do więzienia, a Rafał i Sebastian są pod stałą opieką psychologa i terapeuty. Muszą społecznie odpracować 6 miesięcy.
Cieszę się, że tak to się skończyło. Myślałem, że śmierć da mi ukojenie. Ale teraz wiem, że przez własną głupotę mogłem stracić wszystko. Wielu ludzi wybrało śmierć, tak jak ja. Cieszę się, że i tak na końcu znalazłem się poza klatką. Mimo wszystko.
Mam na imię Mateusz, niedługo skończę 16 lat. Do obecnej szkoły przeniosłem się 2 lata temu. Musiałem zmienić gimnazjum, bo ojciec wyprowadził się do swojej nowej dziewczyny, a mnie, matkę i siostrę zostawił samych sobie. Bardzo rzadko go odwiedzam. Pela nie chce utrzymywać z nim kontaktu. Pela to skrót od imienia Pelagia, jest moją młodszą siostrą. Nasz bardzo „inteligentny” ojciec wymyślił to imię i się przy nim upierał. Mama nie miała nic do powiedzenia w tej kwestii. Musiała ją tylko urodzić. Tata chciał zrobić z Peli sportowca, ale ona bardziej interesowała się sztuką, rysowaniem. Ja natomiast wolałem muzykę, grę na pianinie i gitarze. Jego marzenia o sportowcu w rodzinie nie ziściły się. Sądzę, że to dlatego nas zostawił. Pela obwinia o to siebie, ale to nie może być prawda. Tak niewinna istota, jak ona, nie jest w stanie zrobić czegoś złego. Zawsze uprzejma, troskliwa, jednym słowem : ideał.
Kiedy przekroczyłem próg nowej szkoły, od razu zwrócili na mnie uwagę. Nie miałem markowych ciuchów, nie byłem modnie uczesany, dobrze zbudowany, wysportowany. „Przeciętniak”, tak mnie określili. Właśnie dlatego wybrali mnie. Ktoś taki jak ja, nie sprzeciwiłby się im. Zawsze chodzili całą grupą, czyli w czwórkę : Marcin, Artur, Rafał i Sebastian, czyli MARS. Któregoś dnia w połowie września mama dostała w pracy nowy, bardzo modny telefon. Niewiele osób taki miało. Komórka była wyposażona w bardzo dobry aparat i kamerę. MARS chciał obejrzeć telefon, więc im go dałem. Powiedzieli, że niedługo oddadzą. Pod koniec dnia poprosiłem, żeby mi oddali komórkę. Stwierdzili, że to „gówno” jest nic niewarte, że to tylko złom, robi brzydkie zdjęcia. Marcin rzucił mi go z całej siły pod nogi. Przestraszony, szybko podniosłem telefon. Ekran miał pęknięcie, ale komórka nadawała się jeszcze do użytku. Bałem się powiedzieć o tym mamie, więc na razie go nie oddawałem. Dopiero po jakimś czasie, kiedy przyszedł rachunek, mama chciała zobaczyć telefon. Musiałem jej pokazać. Była zdenerwowana i ciągle pytała, co się z nim stało. Odpowiedziałem, że prawdopodobnie wysunął mi się z kieszeni i wypadł. Potem zapytała, skąd się wziął tak „kosmiczny” rachunek. Przemilczałem to. Domyśliłem się, że to sprawka MARSA. Nie mogłem jej powiedzieć. Nie chciałem wyjść na „konfidenta”, kapusia. Największy ból sprawiło mi to, że mama nie krzyczała na mnie. Była smutna. Powiedziała mi, żebym poszedł do siebie. Kiedy odchodziłem, powiedziała : „Smutno mi nie z tego powodu, że popsułeś ekran telefonu, ale dlatego, że nie mówisz mi wszystkiego”. Wtedy płakałem po raz pierwszy od dłuższego czasu.
Pierwsze wyłudzenia zaczęły się w grudniu. Najpierw chcieli „pożyczać” po 5zł, ale nie oddawali. Potem zaczęli mówić, że powiedzą wszystkim, że oglądam „pornole”. To nieprawda, ale kto by mi uwierzył? Moje słowo przeciwko ich słowu. Przegrałbym tą walkę. W styczniu grozili, że mnie pobiją. Zmuszali mnie do kradzieży. Robiłem to, bo strach nie pozwalał mi powiedzieć „nie”.
Luty. To wtedy zaczęła się najgorsza część mojego życia. Za pierwszym razem zaciągnęli mnie koło śmietników na terenie szkoły. Nikt tam nie chodził, bo smród odpychał wszystkich. Najpierw zaczęli mnie poszturchiwać. Rafał i Sebastian patrolowali, czy jest czysty teren i czy nikt się nie zbliża. Jeśli ktoś szedłby w naszą stronę, mieli gwizdać na palcach. Marcin i Artur w pewnym momencie tej „zabawy” stwierdzili, że to mało zabawne. Zaczęli mnie kopać i bić w niewidocznych miejscach, ukrytych pod ubraniem. Wtedy miałem nadzieję, że znajdę się poza klatką tego bólu, cierpienia, wiecznego strachu. Myślałem, że na tym się skończy. Niestety powiedzenie, że nadzieja jest matką głupich, sprawdziło się i tym razem. Od końca lutego „zabawa” była coraz bardziej brutalna, agresywna, była przesycona żądzą krwi. Kiedy mnie uderzali, sprawiało im to przyjemność. Zupełnie tak, jakby byli „na haju”, wprawiało ich to w błogostan. Na początku marca postanowiłem się im postawić. Wtedy oberwałem w głowę, aż mnie zamroczyło. Skopali mnie do nieprzytomności. Chyba się lekko przestraszyli, bo kiedy się ocknąłem, to klepali mnie po twarzy, żebym się obudził. Po kilku minutach stwierdzili, że wszystko ze mną OK i poszli sobie. Ledwo doszedłem do domu. Wszystko mnie bolało. Wziąłem kąpiel. Nie dałbym rady wziąć prysznica. Nie ustałbym już na nogach. Dobrze, że mama wróciła późno z pracy. Zaraz zaczęłyby się pytania, chciałaby wszystko wiedzieć. Gdybym powiedział jej, straciłbym wszystko. Stałbym się pośmiewiskiem całej szkoły. Nie chciałbym tego przeżyć. Klasa wiedziała, że mnie biją, ale każdy się ich bał. Nikt nie mógł mi pomóc. Od tamtej pory, bili mnie codziennie. Moje ciało było wyczerpane, mózg nie mógł się skupić na lekcjach. Było coraz gorzej.
Pewnego dnia zaczęły się głuche telefony. To oni. Byłem tego pewien. W połowie marca spotkałem ich w parku, ale udało mi się uciec. Od tamtego dnia bałem się wychodzić z domu. Mama poprosiła mnie, żebym zrobił zakupy na kolację, ponieważ ona późno wróci. Co mogłem zrobić? Gdybym powiedział : „Nie”, to zapytałaby : „Dlaczego?”. Nie powiem jej. Nigdy jej nie powiem. Tamtego dnia poszedłem po te zakupy. Postanowiłem wrócić przez las. Prawie nikt tamtędy nie chodził. Jednakże los mi nie sprzyjał. Spotkałem ich. Zaczęło się niewinnie, potem coraz brutalniej. Prosiłem, a nawet błagałem, żeby dali mi spokój, lecz to ich jeszcze bardziej „kręciło”. Chcieli zobaczyć moją bieliznę. Ściągnęli mi spodnie. Śmiali się, bo nie miałem markowej bielizny ani markowych ubrań. Zanim się spostrzegłem, nie miałem na sobie bokserek. Rafał i Sebastian mnie trzymali. Nie śmiali się. Wydawali się nawet przerażeni. To było dla mnie dziwne, zobaczyć, że Rafał i Sebastian się boją. Czułem się taki upokorzony, obolały, zmęczony fizycznie i tak samo, a może nawet bardziej, zmęczony psychicznie. Czułem się tak, jakby odebrano mi resztki godności. Nie pamiętam, jak wróciłem do domu.
Tamtego dnia zrozumiałem, że już nigdy nie znajdę się poza tą klatką, która robi się coraz bardziej ciasna. Czułem się, jakbym miał klaustrofobię. Dusiłem się. Zrozumiałem, że jedyną ucieczka dla mnie jest śmierć. Zdobycie broni było trudne, ale... Wszystko miałem dokładnie zaplanowane. Postanowiłem, że zrobię to w lesie.
Napisałem list do mamy z wyjaśnieniem, dlaczego popełniłem samobójstwo. Opowiedziałem jej wszystko, podałem nazwiska. Nie chciałem, żeby byli dalej na wolności. „W międzyczasie pisałem pamiętnik w komputerze. Tam jest wszystko opisane. Wystarczy zajrzeć.” – napisałem jej.
Kiedy nadszedł „sądny dzień”, byłem bardzo spokojny. Postanowiłem zrobić to wieczorem, na najmniej uczęszczanej dróżce. Przyłożyłem pistolet do głowy. Pomyślałem : „A jednak uda mi się znaleźć poza klatką tego wszystkiego.” Naciskałem spust. Po chwili ktoś mi wyrwał pistolet z ręki. Nie usłyszałem, kiedy podeszła do mnie ona. Dziewczyna, która mogłaby być boginią zasiadającą na Olimpie. Sama Afrodyta byłaby zazdrosna o jej urodę. Wybawicielka była ubrana w ciuchy do joggingu. Musiała mnie zauważyć, kiedy biegła i postanowiła uratować samobójcę. Byłem jednocześnie zły i szczęśliwy, że ktoś mi pomógł. Pomyślałem, że gdybym wybrał inny termin, mógłbym jej nie spotkać. Zacząłem płakać. Nie wiem dlaczego. To się stało automatycznie. Dziewczyna miała zatroskana minę. O nic nie pytała. Usiadła, żeby zaczerpnąć tchu. Kiedy usiadłem obok niej, zaczęła delikatnie masować moje plecy, żebym się uspokoił. Po pewnym czasie zacząłem jej o wszystkim opowiadać. Słuchała uważnie ze skupioną miną. Nie śmiała się z takiego nieudacznika jak ja. Kiedy skończyłem swoją opowieść, milczała przez chwilę, po czym spytała : „I co z tym teraz zrobimy?” Odpowiedziałem, że nie wiem, jestem zagubiony. Poprosiłem ją o pomoc. Zgodziła się. Jeszcze tego samego dnia poszedłem z Anią na komisariat. Wspierała mnie. Byłem jej bardzo wdzięczny.
Była w tym samym wieku co ja. Teraz jest moją dziewczyną. Bardzo się kochamy. MARS miał rozprawę w sądzie dla nieletnich. Marcin i Artur poszli do więzienia, a Rafał i Sebastian są pod stałą opieką psychologa i terapeuty. Muszą społecznie odpracować 6 miesięcy.
Cieszę się, że tak to się skończyło. Myślałem, że śmierć da mi ukojenie. Ale teraz wiem, że przez własną głupotę mogłem stracić wszystko. Wielu ludzi wybrało śmierć, tak jak ja. Cieszę się, że i tak na końcu znalazłem się poza klatką. Mimo wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz