czwartek, 1 kwietnia 2010

Praca konkursowa #30: Unnamed

Unnamed
od Tokuss

- Nie, nie i jeszcze raz nie! Stanowczo odmawiam! – Michał patrzył na swojego rozmówcę karcącym wzrokiem, podpierając się rękoma o biodra niczym troskliwa matka. – Wolności mu się zachciało! Ktoś powinien ci porządnie przetrzepać skórę…

- Błagam cię Michale. Nie kontynuujmy tej bezsensownej rozmowy. Obaj wiemy, że i tak zrobię to, co chcę. – Kyle mówił spokojnie, nie zwracając uwagi na gniew przyjaciela.

- Dlaczego chcesz to zrobić?

- Chodzi ci o to dlaczego chcę wziąć urlop? Czasem każdy potrzebuje chwili wytchnienia. A ja mam dość tych plugawych ludzi. Mam dość opiekowania się frajerami, którzy w przekonaniu czynienia dobra pogrążają się w bagnie własnych grzechów i błędów. – chłopak wstał z krzesła i zaczął spacerować po komnacie. – Chcę się zabawić. Może przy okazji lepiej poznam ludzką naturę? W tej chwili mogę co najwyżej pomóc im w przejściu na drugą stronę.

- Rozumiem, ale… Kyle, możesz stracić skrzydła!

- Zaryzykuję. Nie martw się, wrócę o czasie.

- No dobra. Niech ci będzie! – usta chłopaka wygięły się w lisim uśmiechu.

- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! A teraz dawaj kasę!

*

Kiedy winda dojechała do poziomu „Ziemia”, Kyle myślał tylko o tym jak wydać pieniądze, które z tak wielkim trudem udało mu się wyżebrać od Michała. Drzwi otworzyły się, ale chłopak wciąż nie wychodził. Dopiero po chwili postąpił krok do przodu i rozejrzał się dookoła.

- Gdzie on mnie do cholery wysłał? To ma być Nowy York?! – wszędzie było szaro, drzewa pozbawione liści gięły się pod naporem wiatru, a przed nim rozciągało się stare wesołe miasteczko z zardzewiałymi konstrukcjami. Nagle jego uszu dobiegł cichy chichot. Podążając za głosem przeszedł pod wielkim napisem zapraszającym do lunaparku. Wtedy wszystko się zmieniło. Niebem wstrząsnęła fala kolorów. Od budki z watą cukrową po diabelski młyn – wesołe miasteczko wyglądało jak nowe, tętniące życiem, ale… nikogo tu nie było. Prócz Kylea. Chłopak z szeroko otwartymi oczami rozglądał się wokół siebie.

- Proszę, proszę… Mamy g-o-ś-c-i-a! – Kyle odwrócił się gwałtownie w stronę, z której dobiegł go głos. Przed nim stała nastoletnia dziewczyna o płomiennorudych włosach i zwiewnej białej sukience przewiązanej w pasie czerwoną kokardą. Na twarzy miała maskę w kształcie kociej głowy.

- Kim jesteś? Co to za miejsce? – chłopak mówił spokojnie, choć wewnątrz wręcz kipiał ze złości. Nie miał czasu do stracenia. Ona w odpowiedzi zaczęła się śmiać, co jedynie spotęgowało jego gniew.

- Wszyscy pytają o to samo… Ciesz się chwilą mój drogi. Baw się! – dziewczynka radośnie klasnęła w dłonie. Kyle zaczął biec w jej kierunku, chcąc siłą uzyskać informacje, jednak jedno mrugnięcie oka wystarczyło, aby zniknęła bezpowrotnie.

- Cholera! – warknął ze złością uderzając w ścianę budynku. Nie mógł uwierzyć, że to wszystko w ogóle się dzieje. Po kilku minutach bezcelowego dreptania w kółko zdołał się uspokoić.

- Trzeba się stąd wydostać… Muszę znaleźć tę smarkulę… - mruczał pod nosem podążając w głąb wesołego miasteczka. Nie zwracał najmniejszej uwagi na otaczające go atrakcje. Na kolorowe karuzele, piękne komnaty, kunsztowne ozdoby. Godzinę później wciąż nie widząc końca lunapraku, zrezygnowany usiadł na ławce, odrzucając do tyłu długi blond warkocz. Nie czuł już gniewu, nie czuł rozżalenia, nawet nie czuł się już bezradny. Jego umysł wypełniały bezkształtne emocje, których nie potrafił nazwać.

„A może po prostu się zabawię, tak jak radziła ta dziewczyna w kociej masce?” – pomyślał Kyle. Jedno słowo cisnęło mu się na usta: szaleństwo. Nagle zobaczył jak jakiś chłopiec biegnie w stronę karuzeli. Były to obracające się filiżanki. Mały wsiadł do jednej z nich i spojrzał w kierunku blondyna. Uśmiechnął się. Kyle nie zastanawiając się, zerwał się z ławki i pobiegł w stronę chłopca.

- Co ty tutaj… - nie zdążył dokończyć, kiedy poczuł silne pchnięcie i wylądował na miękkim siedzeniu karuzeli.

- Witaj Kyle! Jak podoba ci się nasze wesołe miasteczko? – mały nie przestawał się uśmiechać. Wyglądał na góra siedem lat. Niebieskie ogrodniczki idealnie pasowały do pyzatej buźki okolonej kasztanowymi włosami.

- Skąd znasz moje imię? – karuzela ruszyła.

- Czy to ważne? Przecież tu jest tak wspaniale!

- Jak dla kogo… - mruknął chłopak czując powracający gniew. Z natury był osobą opanowaną, pewną siebie. Dziś czuł się jak małe dziecko, które po raz pierwszy trafia do szkoły i musi sobie poradzić bez rodziców wśród zgrai niewdzięcznych, rozkrzyczanych bachorów.

- Och, nie bądź taki ironiczny.

- To raczej dziwne, żeby mały chłopiec posługiwał się tak trudnymi słowami.

- Pozory mylą mój drogi. – chłopak uśmiechnął się krzywo, czekając na kolejną porcję umoralniającej gadki siedmiolatka.

- No więc jak ci się tu podoba?

- Czuję się jak w „Alicji w Krainie Czarów”... – mruknął z niezadowoleniem. Karuzela zaczęła coraz nabierać tempa.

- A widzisz tu Czerwoną Królową i jej karty?

W odpowiedzi pokręcił przecząco głową i spuścił oczy. Zaczynało mu się kręcić w głowie.

- A królika? – chłopak z roztargnieniem podniósł wzrok, aby zapytać malca w co pogrywa, kiedy spostrzegł, że z jego kasztanowej czuprynki wystaje para równie brązowych króliczych uszu.

- Ty jesteś… - karuzela zatrzymała się, a Kyle wciąż w osłupieniu wpatrywał się w uśmiechniętego chłopca.

- Ale ty nie jesteś Alicją. Znajdź ją, a wydostaniesz się z tego świata. – jego obraz rozmył się wraz z powiewem wiatru, a blondyn z westchnieniem opadł na oparcie.

- I jak ja mam teraz znaleźć jakąś Alicję, co?! – w odpowiedzi na jego pytanie poczuł dotyk na ramieniu. Obrócił się powoli. Za nim stała maskotka. Ruszający się czarny miś.

- A ty co? Powiesz mi, że oprócz Alicji mam też znaleźć Królewnę Śnieżkę?! Króliczek i krasnoludki też robią sobie urlop?! – maskotka wpatrywała się w niego guzikowymi oczami bez odpowiedzi. Kyle wstał wreszcie i wyszedł z ogromnej filiżanki. Zachwiał się lekko, po czym poprawił koszulę. Miś podszedł do niego i pluszową łapką chwycił jego dłoń.

- Boże, ja rozmawiam z maskotką… - Kyle spuścił głowę i dał się prowadzić pluszakowi. Przydługa grzywka zakryła jego jasnozielone oczy. Z boku wyglądał jak zagubione dziecko szukające rodziców w towarzystwie ulubionej zabawki. Kiedy doszli do budynku z napisem „Sala Luster”, miś zatrzymał się i popchnął go lekko ku drzwiom.

- Znajdę tu Alicję, tak?

Czarna zabawka kiwnęła lekko głową. Tak.

- Dzięki za pomoc. – misiek, tak jak z resztą wszyscy jego poprzednicy, rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie ciemną smugę.

- No dobra! Najwyższa pora, żebyś się stąd wydostał! – krzyknął Kyle i zanosząc się śmiechem wszedł do komnaty. Właściwie to nawet się cieszył, że tu trafił. W końcu poznał co to znaczy nieświadomość i niepewność. W gruncie rzeczy było to całkiem zabawne uczucie. Chłopak stanął na środku wielkiej sali. Wszystkie ściany pokrywały wielkie lustra. W każdym z nich mógł zobaczyć inną scenę, jakby fragmenty filmu. A to mała dziewczynka z promiennym uśmiechem jeździła na rowerku, to znów pomagała jakiejś kobiecie przy podlewaniu kwiatów. W innej scenie trochę starsza dziewczyna z pochmurną miną jechała metrem. Trwało to jedynie kilka sekund. Po chwili w lustrze Kyle zobaczył własne odbicie. Wtedy też usłyszał chichot, który przyciągnął go do tego lunaparku. Z cienia wyszła dziewczyna o rudych włosach i w kociej masce. Tym razem miała na sobie purpurową suknię balową, stylizowaną na wiek XIX.

- Dobrze się bawisz? – słodki, dziewczęcy głosik ociekał ironią.

- A ty?

- To mój świat. Robię tu co chcę! Czuję się doskonale!

- Ja bawię się niemniej wyśmienicie. Ale wiesz… - Kyle zaczął powoli kroczyć w kierunku dziewczyny – Nie znam się na rzeczach związanych ze zwykłym światem. Na początku byłem niezwykle zirytowany. Jednak z czasem uznałem, iż to całkiem zabawne. A na jednej rzeczy znam się doskonale. Jestem mistrzem w tej kategorii. – zatrzymał się w połowie drogi, szczerząc zęby w szyderczym uśmiechu.

- Doprawdy? Może zdradzisz mi jaka to dziedzina?

- Człowiek. Wiem o was wszystko… - powiedział cicho niezwykle poważnym tonem.

- Ty?! Na ludziach?! Nie rozmieszaj mnie! Co może wiedzieć nieczłowiek o zwykłych ziemianinach? – dziewczyna zaśmiała się krótko, po czym kontynuowała – W naszym świecie nie ma prawdy. Wszystko jest sztuczne. Słowa, myśli, uczucia. Liczą się tylko pozory i kolejne genialne przebrania. Z biegiem czasu czujemy się coraz bardziej dumni z naszej kolejnej doskonałej maski! Żeby nie popaść w szaleństwo cieszymy się kłamstwem. I nie możemy pokazać prawdziwej twarzy. Nigdy! Jeśli raz to zrobisz, tylko raz, wtedy oni cię poznają, a ty stracisz moc tworzenia masek…

- Miałem więc rację. Ludzie to plugawe istoty.

Dziewczyna podniosła głowę.

- My po prostu staramy się żyć!

- Wiem, kiedy ludzie są samotni… - zaczął Kyle znów idąc powoli w stronę rudowłosej.

- Nieprawda! Nic nie wiesz!

- Wiem, kiedy czują żal…

- Nie podchodź! Przestań!

- Wiem, kiedy czują się bezradni…

- Powiedziałam przestań!

- Wiem, kiedy poszukują prawdy. Ale wiem też jak bardzo potrzebują wiary. Wiary w sens ich istnienia.

- Nie… - szepnęła upadając bezradnie na kolana. Maska zaczęła pękać. Jeden z jej odłamków odleciał, ukazując brązowe oko zasłonięte wodnistą ścianą łez, które powoli spływały po bladym policzku.

*

Obudziły mnie promienie słońca. Delikatnie pieściły skórę mojej twarzy. Otworzyłam oczy i z trudem podniosłam się do pozycji siedzącej. Odkryłam kołdrę i zobaczyłam, że mam na sobie suknię balową.

- O nie… Znowu to zrobiłam! – jęknęłam widząc swój strój. Było pewnym, iż ponownie przeniosłam się do innego świata. Sama nie wiedziałam jak to robię, ale najczęściej całkowicie nieświadomie kreowałam dla siebie inną rzeczywistość, w której mogłabym odpocząć od realnego życia.

- Widzę, że się obudziłaś… - cichy głos dochodził z przeciwległego kąta pokoju. W fotelu przy oknie siedział blondyn z kubkiem kawy w dłoni. Jego długie włosy były niedbale splecione w warkocz Ich jasny odcień wyglądał dość nienaturalnie w zestawieniu z zielonymi oczami. Miał jakieś dwadzieścia lat, a rozpięta do połowy koszula upewniła mnie w przekonaniu, iż posiada ciało jak młody bóg. Chwila, chwila… w mojej sypialni siedzi obcy facet, a ja zachwycam się jego wyglądem?! Odruchowo zakryłam się z powrotem kołdrą i przylgnęłam plecami do oparcia łóżka.

- Co ty tu robisz? Kim jesteś?!

- Spokojnie! W końcu sama mnie tu ściągnęłaś!

- Ja?! – o czym ten psychol gadał...

- Naturalnie. Tak się składa, że raczej nie mogę kłamać. – blondyn uśmiechnął się i wstając z fotela odstawił kubek z kawą na pobliską szafkę. Dokładnie obserwowałam jego ruchy. Ale byłam głupia! Trzeba było jednak iść na te zajęcia z samoobrony! Chłopak stanął w nogach łóżka.

- Jak masz na imię?

- M…Miya! A ty?

- Jestem Kyle. Ale zdaje się, że to wiedziałaś już wcześniej. – chłopak uśmiechnął się kpiąco. – Widzę, że niewiele pamiętasz… Szkoda! – dodał.

- Dobra, o co ci chodzi?!

Nagle z jego pleców wystrzeliły piękne, białe skrzydła. Przetarłam oczy nie mogąc w to uwierzyć. Jednak nie dawało to żadnego rezultatu. Albo on był jakimś aniołem albo ja wciąż spałam. Jak na razie obstawiałam to drugie. Zdążyłam jeszcze zauważyć, że u dołu końce piór miały czarny odcień, kiedy chłopak uniósł się w powietrze i zatrzymując się metr nade mną, pochylił się i dotknął delikatnie mojego policzka, po czym szepnął do ucha:

- Zabawmy się, Alicjo…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz