piątek, 2 kwietnia 2010

Praca konkursowa #42: Nikt

Nikt
od riddic21

Los nie jest w równej mierze sprawiedliwy dla wszystkich, szkoda, że na ogół tylko pokrzywdzeni dochodzą do tego wniosku. Aleksander za dobrze poznał gorycz rozpaczy i bólu, za wcześnie. Ciąg zdarzeń, które obróciły w zgliszcza jego życie nastąpił nagle, trzy dni, trzy tragedie. Tylko tyle dni wystarczy by człowiek zapomniał jak to jest się śmiać...


Za biurkiem siedziała kobieta około czterdziestki, schludnie ubrana, do piersi miała przypięty identyfikator, na którym widniał napis : mgr. Katarzyna Frost, Zespół Szkół Im. A. Mickiewicza w Tęczynie. Gestem ręki zaprosiła do środka chłopca stojącego w drzwiach gabinetu.

- Nie wierzyłam, że kiedyś to powiem, niestety zostajesz usunięty z listy uczniowskiej tego liceum Aleksandrze.

Katarzyna Frost mówiąc te słowa smutnym głosem nie patrzyła w oczy swojemu uczniowi.

- Rozumiem, żegnam pani profesor.

Chłopiec odwrócił się i skierował do wyjścia, w drzwiach zatrzymało go wołanie nauczycielki.

- Dlaczego ?! Byłeś przez nas wszystkich uwielbiany Aleksandrze, świetny uczeń, dobry przyjaciel, jak mogłeś to zrujnować. Wiem, że spotkała cię wielka tragedia, ale daj sobie pomóc, jeszcze nie jest za późno.

Aleksander odwrócił twarz w stronę Katarzyny Frost.

- Nikt nie jest w stanie mi pomóc.

Ruszył szybkim krokiem do wyjścia ze szkoły. Po drodze mijał uczniów, dawnych przyjaciół i znajomych, również swoich nauczycieli, teraz już byłych. W ostatnim zakręcie przed wyjściem ponownie został zatrzymany przez żeński głos. To była Łucja.

- Wyrzucili cię?

- Tak.

Zapanowała krótka chwila ciszy, przerwała ją dziewczyna.

- To oznacza, że już się więcej nie zobaczymy, miałam ci tyle rzeczy do powiedzenia... Porozmawiaj ze mną, chcę ci pomóc, zależy mi na tobie.

Podczas każdego wypowiedzianego słowa Łucja patrzyła prosto w oczy Aleksandra.

- Nie zależy ci na mnie, współczujesz mi. Żegnaj.

Aleksander odwrócił się do wyjścia, za plecami usłyszał krzyk.

- Nieprawda!

Nie odwrócił się ponownie, szedł dalej i przy samym wyjściu znowu dobiegł go krzyk Łucji.

- Porozmawiaj ze mną, proszę! Będę czekała o osiemnastej w Czernej Róży, przyjdź! Błagam!

Aleksander wyszedł ze szkoły. Skierował się do Damiana, swojego przyjaciela.


Łucja Prus była tego samego rocznika co Aleksander, obecnie chodziła do trzeciej klasy liceum, konkretnie „c” Aleksander uczęszczał do „b”. Łucja odznaczała się od innych dziewczyn kolorem włosów, były płomieniście rude, znakomicie do niej pasowały. Uczennica klasy „c” była również bardzo bogata, w przeciwieństwie do Aleksandra...


Damian podszedł otworzyć drzwi, dobrze wiedział kogo za nimi spotka.

- Witaj przyjacielu.

- Witaj, Mogę wejść?

- Głupie pytanie.

Damian uśmiechnął się i gestem ręki zaprosił Aleksandra do środka. Obaj zasiedli przy stole.

- Co cię do mnie sprowadza?

- Nie mam ani grosza.

Damian opuścił na chwilę przyjaciela, wrócił z banknotem o nominale 100zl, który wręczył Aleksandrowi.

- Idź kup sobie jedzenie i ubranie, ale słuchaj, ostatni raz pożyczam ci pieniądze.

- Dziękuję, oraz obiecuję ci, że to był ostatni raz. Trapi mnie jeszcze jedna sprawa, Łucja chce abym się z nią spotkał dziś o osiemnastej, iść?

Damian wyraźnie rozpromieniał, po chwili rzekł.

-Jeżeli jest szansa, że uda jej się przywrócić uśmiech na twojej twarzy, idź.


Łucja spojrzała na zegarek, wskazywał kwadrans po osiemnastej, po raz kolejny wyjrzała za okno Czarnej Róży i wreszcie natrafiła spojrzeniem na oczekiwany widok. Wysoki, szczupły młodzieniec zbliżał się do wejścia, wiatr podwiewał jego długie blond włosy odsłaniając przystojną twarz. Aleksander wszedł do środka.

- Jestem

Rzucił siadając obok Łucji.

- Trochę się spóźniłeś.

Aleksander zlekceważył uwagę.

- O czym chciałaś porozmawiać, zamieniam się w słuch.

- Chciałam ci powiedzieć, że to, iż ciebie spotkało nieszczęście nie nie upoważnia cię do ranienia innych. Nigdy więcej nie mów ludziom, że ci współczują, gdy naprawdę zależy im na tobie...

- Dlaczego zależy ci na mnie?

Cisza trwała ułamek sekundy, Łucja powiedziała zdecydowanym tonem.

- Kocham cię.

Kolejny ułamek sekundy, Aleksander odpowiedział.

- Przepraszam, ale nie odwzajemnię twoich uczuć, już nie potrafię kochać. Kiedyś może faktycznie czułem coś do ciebie, niestety teraz moje serce jest z lodu.

- Wierzę, że potrafię roztopić ten lód.

- Nikt tego nie potrafi.

- Aleksandrze, pozwól mi chociaż spróbować, daj mi jeden uśmiech, niczego tak nie pragnę jak ujrzeć go na twojej ślicznej twarzy.

Po policzkach dziewczyny pociekły łzy, natomiast twarz chłopaka pozostała kamienna, niezmieniona...


Ulice Tęczyna były puste, zegar na ratuszu wybił północ, okna domów biły ciemnością, pod uliczną latarnią siedział blondyn z długimi włosami. Podsumowywał w głowie miniony dzień, w którym tyle się wydarzyło. Wyznanie Łucji, jego decyzja o daniu sobie szansy na szczęście. Aleksander uwierzył, że może jeszcze być szczęśliwy. Trapiło go wiele, jego brak pieniędzy, brak pogody ducha, chciałby kochać Łucję, próbował sobie przypominać jak to jest, lecz nic nie czuł. Mimo wszystko obiecał sobie, że jutro wieczorem pójdzie do Łucji, uśmiechnie się do niej, odwiedzi Damiana i odda mu pieniądze, że zamknie rozdział nieszczęścia za sobą i rozpocznie kurację swego serca. Tej nocy zrani kogoś ostatni raz, zrani bardzo, ale nie ma innego wyjścia. Nagle zza zakrętu wyłonił się mężczyzna w średnim wieku, był ubrany w garnitur i w prawej ręce trzymał walizkę. Właśnie kogoś takiego szukał Aleksander. Założył kaptur i ruszył za mężczyzną, krok po kroku, coraz szybciej, oddychał coraz głośniej. Rzucił się na swoją ofiarę, szamotanina trwała kilka sekund, Aleksander chciał wyrwać tylko walizkę, tymczasem stał nad mężczyzną leżącym w coraz większej kałuży krwi, nie tak miało być. Podczas szarpaniny nieszczęśnik upadł i uderzył się w głowę, teraz był nieprzytomny i mocno krwawił. Nie tak miało być! Aleksander uciekł z walizką w dłoniach, oraz nadzieją, że Bóg mu przebaczy.


W walizce były umowy handlowe, portfel, oraz piękny naszyjnik w kształcie serca. Aleksander wyrzucił dokumenty, w portfelu znalazł nieco ponad pięć tysięcy złotych, mnóstwo pieniędzy. Starczy na spłacenie długu u Damiana i na rozpoczęcie nowego życia, podejmie pracę, będzie zarabiał uczciwą pensję, natomiast do wypłaty wytrzyma z ukradzioną sumą. Naszyjnik miał inne przeznaczenie, był piękny, Aleksander zdecydował, że podaruje go Łucji.


Dzwonek do drzwi rozbrzmiał w mieszkaniu po raz trzeci, ktoś się niecierpliwił. Łucja otworzyła, za drzwiami stał Aleksander, wyglądał na podekscytowanego, pierwszy raz od miesięcy kamienna maska zniknęła z jego twarzy. Może przez podekscytowanie nie zauważył w jakim stanie znajduje się Łucja. Miała czerwone oczy, wyglądała jakby nie spała przez całą noc, była zapłakana, nieszczęśliwa. Chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie przerwał jej Aleksander.

- Łucjo zmienię się, wierze, że potrafisz roztopić lód w moim sercu, wierzę, iż jestem w stanie cię pokochać. Patrz, uśmiecham się, dla ciebie, znowu potrafię, widzisz?

Aleksander mówił szybko, dziwnie się czuł, nie uśmiechał się od tak dawna, lecz było mu przyjemnie. Wyciągnął z kieszeni zawiniątko i mówił dalej.

- Mam naszyjnik, jest dla ciebie, w kształcie serca...

Umilkł, ogarnął go dreszcz, spojrzał w oczy Łucji, była przerażona. Najpierw usłyszał jej szept, który z każdą sekundą przeradzał się w coraz głośniejszy krzyk.

- Morderca... Morderca!, MORDERCA!

Krzyki nie milkły, mimo to przestały docierać do Aleksandra, słyszał już tylko niewyraźnie zrozpaczoną Łucję.

- Zabiłeś mojego ojca! Morderca! Morderca...

Zrobił kilka kroków w tył, dalszą drogę uniemożliwiła ściana, pomyślał, może powiedział, sam do siebie z lekkim niedowierzaniem.

- Jestem nikim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz