- Panie profesorze!- usłyszał Lee i odwrócił się. - To dla pana. Prosto z Shaanxi.
Ostrożnie otworzył paczkę, położywszy ją na stole. Wewnątrz znajdował się jakiś papier. Do antyku dołączona była karteczka od wykładowcy historii na Uniwerystecie Pekińskim.
"Rękopis na papirusie egipskim znaleziony w 1975 roku podczas restauracji Terakotowej Armii, przy jednym z posągów. Zapiski stworzone są klasyczną greką:
(...)
Szliśmy wiele dni, wręcz tygodni, sami dokładnie nie wiedząc ile to już dni minęło odkąd opuściliśmy ostatni przylądek cywilizacji, Aleksandrię Kaukaską. Mimo to nikt z nas nie wątpi, że jest to droga ku chwale, gdyż prowadzi nas sam bóg wcielony, syn Aresa, niezwyciężony Aleksander. Wieczorami pośród nagich, barbarzyńskich wzgórz wspominamy wspaniałe łupy zdobyte na Persach, piękno Latarni Aleksandryjskiej w Egipcie, lecz zawsze kończyliśmy wymieniając się wspomnieniami dotyczącymi rodzinnych stron każdego z nich. Wędrując przez Medię, Partię czy górzystą Baktrię niejednokrotnie napotykaliśmy koczownicze ludy żyjące na tych terenach. Przeważnie były to małe plemiona pasterskie, niezdolne do utworzenia swojego własnego państwa, więc Najmilszy z Miłych łaskawie pozwalał im wypasać owce i kozy na terenie swego bezkresnego królestwa. Podobnie było tutaj, gdzie, jak nam opowiadali przewodnicy, góry sięgają tak wysoko, że gdyby się na nie wspiąć zniknie całe powietrze, tak nam, ludziom potrzebne do życia. Słysząc te opowieści zgodnie doszliśmy do wniosku, że to tu musi mieścić się siedziba bogów, jednak żaden z nas nie ośmielił się tego sprawdzić. Wtedy z gęstego, intensywnie zielonego lasu dał się słyszeć nieludzki ryk. Boski król posłał kilku zwiadowców, by zbadali cóż to może być. Wyruszyli bezzwłocznie po otrzymaniu rozkazu, bladym świtem. Tego dnia odpoczywaliśmy, ciesząc się z tego, że możemy wreszcie schronić się przed nieznośnym żarem zsyłanym przez Heliosa na nasze głowy. Błogosławiona bądź Floro za twe łaski! Przez cały dzień z gęstwiny dobywały się te nieznane nam ryki. Nasi przewodnicy mówili, że to olbrzymie, szaroskóre konie z wielkimi, białymi zębami, wystającymi z pysków niczym włócznie. Nie dawaliśmy wiary tym słowom, lecz gdy wrócili zwiadowcy zaczęliśmy się zastanawiać, czy jednak nie były to zwykłe bujdy przewodników. Okazało się bowiem, że ćwierć dnia drogi od naszego obozu znajdowało się blisko 200 takich potworów, niechybnie uciekły prosto z Hadesu ku naszej zagładzie! O przewrotna Fortuna, chroń nas! Miłościwy król postanowił niezwłocznie wydać bitwę tym piekielnym potworom, chociaż jego doradcy wyraznie mówili, że to niegodny władcy pomysł. Król oznajmił nam, że ruszamy na południe. Przyjęliśmy to z ulgą, obawiając się o swe losy. Fortuna jednak miała wobec nas inne plany i wkrótce natrafiliśmy na ogromne, dobrze ufotyfikowane miasto. Przewodnicy oznajmili nam, że jest to stolica Królestwa Pendżabu. Widząc liczebność naszych oddziałów Porus, król tych ziem przysłał posłańców z zapytaniem czego oczekujemy od tak biednego państwa jak jego. Aleksander wyśmiał posłów i oznajmił, że przybywa po tron Pendżabu. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Oczy miał szalone, usta krzyczały żądzą mordu, a ręce drgały nerwowo chwytając za broń...
Po dwóch dniach bez odpowiedzi rozpoczęliśmy oblężenie miasta...(...)
Późnym wieczorem dało się słyszeć na wschodzie łamanie drzew i dudnienie tysiąca kopyt...
(...)
Porus wypowiedział nam wojnę! Głupiec! Czyż nie wie, że w starciu z Niezwyciężonym nikt nie ma szans na zwycięstwo?!
(...)
W ciszy przygotowujemy nasz ekwipunek, czyścimy zbroje, ostrzymy miecze, naciągamy nowe cięciwy na nasze łuki...
(...)
Stało się... Bitwa trwała blisko 3 dni... walczyłem... morze krwi płynęło razem z rzeką... rzeź... O bogowie! Dopomóżcie... Jestem wycieńczony... padam z nóg... ktoś krzyczy... Medyka!
(...)
Budzę się kilka dni później. Mój przyjaciel Teofanos opowiada mi, że dzięki szarży lewego skrzydła armii, na czele którego stał nasz Pan, udało nam się pokonać szaroskóre bestie, które uciekły widząc odwagę Króla. Stwierdził, również, iż miałem mnóstwo szczęścia, chowając pod zbroją moje zapiski. Gdyby nie one, strzała przeszyłaby mnie na wylot.
(...)
Powoli wracam do zdrowia. Król Porus błaga Miłościwego o litość. Wielki Aleksander wspaniałomyślnie daruje temu barbarzyńcy życie, w zamian za złożenie hołdu Macedonii.
(...)
Zaprzyjaźniłem się z tutejszym medykiem. Dzięki niemu powoli wracam do zdrowia. Muszę przyznać, że ma całkiem sporą wiedzę medyczną jak na barbarzyńcę. Chociaż początkowo miałem pewne obawy co do leczenia igłami. Pendżabowie to naprawdę światły naród. Oznajmiam przełożonym, że zostaję tutaj...
(...)
Chcą mnie ściąć. Uciekam z Aleksandrii Indyjskiej. Przed siebie. Nie oglądam się za siebie... Żegnajcie, przyjaciele...
*
Mój przyjaciel wielokrotnie opowiadał mi o ludziach żyjących wiele dni drogi stąd na wschód. Wspominał, że mają skośne oczy i są bardzo niscy, jednak nie można ich lekceważyć. Nie wiem ile w tym prawdy, bo póki co to wszędzie widzę ludzi podobnych Pendżabom, smukłych, ciemnoskórych myśliwych. Często spotykam pustelników. Dziwni to ludzie. Nie potrafią nawet mówić. Puszcza w Indiach jest okrutna. Koń ledwo może iść. Wszędzie jest ciemno... W oddali słyszę trzaski łamanych drzew. Porzucam konia. Uciekam...
(...)
Jestem sam. Po nocy spędzonej na drzewie, schodzę na ziemię. Biednego wierzchowca zabiły ogromne pasiaste koty. Często je widuję, lecz one wyczuwając moją wolę przeżycia omijają mnie. Błogosławię Aleksandra za jego mądrość. Gdyby nie jego rozkazy dotyczące ekwipunku każdego wojaka, już dawno zginąłbym. Młotek i gwoździe wyrzuciłem już dawno. Nie będę przecież zostawał tu gdzie żyją groźne szaroskóre bestie i olbrzymie koty! Oliwa bardzo się przydaje do ochrony przed zaciekle atakującym robactwem. Dodatkowy płaszcz doskonale sprawdza się w mroźne noce. Suchary, które otrzymałem od Pendżabów, powoli się kończyły. Zacząłem polowania. Z różnym skutkiem... Opowieść medyka nie pozwala o sobie zapomnieć. Mali, zółtoskórzy ludzie czekają na Wschodzie, bym odkrył ich sposób życia. Lekki, połyskliwy materiał, w który się przyodziewali był z pewnością wiele lepszy niż te szorstkie płachty ze słowiańskiej wełny, strzelające ognie musiały też być nie lada przeżyciem. Ruszam na Wschód. Heliosie dopomóż!
(...)
Po wielu tygodniach wędrówki wreszcie wyszedłem z lasu. Boskie Góry nadal mi towarzyszą i są chyba jeszcze wyższe niż te w Baktrii czy Gandharze. Nęci mnie myśl zobaczenia jak też wygląda boski świat, jednak ja już mam swój cel. Wschód. Cuda żółtych ludzi. Nie zwlekam. Niech Apollo ma mnie w swojej opiece.
(...)
Dotarłem... Widzę dziwne budowle, brzydkie, kanciaste o spadzistych dachach... Ludzie wcale nie są żółci, acz nieznacznie różnią się ode mnie. Na pewno uwagę zwracają ich oczy. Małe, skośne, lekko uniesione... Nie są przyjaźnie nastwieni... To chyba kres mojej wędrówki...
(...)
Wtrącono mnie do więzienia. Czekam co nakaże ich pan. Dziwny to naród. Zeusie ratuj!
(...)
Zostałem wyprowadzony z lochu. Postawiono mnie na środku ogromnego placu. Wszyscy dookoła się śmieją. Myślą, że jestem jakimś egzotycznym zwierzęciem? Czuję, że umieram... Dotarłem do kraju żółtych ludzi, chociaż teraz wolałbym się tu nie znajdować. Moje zapiski, niech je bogowie przeklną! Tylko to mnie trzyma przy życiu!
(...)
Widziałem latające ognie... Doprawdy cudowny widok... Godny nawet poniesionego przeze mnie poświęcenia... A więc medyk miał rację, że jest to kraj piękny, jednakże barbarzyński. Miłościwy żałuj, że zawróciłeś ku południu, gdy na Wschodzie dzieją się takie cuda...
(...)
Władca tych ziem chce mnie zobaczyć. To chyba zaszczyt. Pragnie zaznajomić się z moją techniką posługiwania się mieczem, włócznią, łukiem. Jest pod wrażeniem moich umiejętności, ale przecież nie daremnie byłem przez 7 lat żołnierzem Niezwyciężonego! Zostałem żołdakiem władcy tych ziem Qin Shi. Toczymy ciężkie zmagania z barbarzyńcami z północy. Są doskonali w posługiwaniu się łukiem. Wielki Mur chroni nas przed ich atakami. Ci Żółci Ludzie to naprawdę pracowity naród.
(...)
Barbarzyńcy wzięli nas z zaskoczenia. Przedarli się gdzieś na Zachodzie. Używają drabin i katapult... Zbliża się mój koniec...
(...)
Widzę Charona... Odchodzę....
(...)
"Pozostałe zapiski uległy zniszczeniu, lecz na pewno postaramy się jeszcze coś z nich odzczytać."
Lee skończył czytać. Nie wierzył w to co się przed chwilą stało. Czy to możliwe, by zwykły grecki żołnierz dotarł aż do Chin? Ciężko opadł na krzesło i zasnął. To było za dużo jak na jego głowę.
Autor: Onee-chan
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz